Zaloguj się
Aktualizacja: 29 grudzień 2018
(utw. 24 czerwiec 2018, 10:23)
Pokaż ingerencje edytorskie Pokaż poprawki autorskie Pokaż nieustalone/nieczytelne
Washington niedziela wieczór
Drogi Kaziu! W chwili, gdy przyszedł Twój list, zabierałem się akurat, aby napisać „la lettre au château”Franc.: list do zamku, aby Halusi i Tobie jak najserdeczniej podziękować za ten cudny week-end. Nabrałem na nim perspektywy do patrzenia na moje kłopoty, decyzji do odpoczynku i jeszcze większej do Was miłości. O kaczce, kurce i schabiku nie mówię – bo mi brak słów. Nie będę przed Tobą ukrywał, że uważam tego rodzaju delicje za przywilej, z którego powinna tylko korzystać klasa A, a klasa B albo C, nawet jeżeli okazywałaby dobre serce, powinna być dopuszczana do tych cudów tylko przez szybę albo warunkowo. Anieli nie mogę darować ani jej głupoty, ani różnych objawów jej „charakteru” w guście tego rzymskiego postawienia się z powodu śmierci Mary ParkerTrudno ustalić, jakie zachowanie Mieczysławskiej komentuje krytycznie Lechoń. O jej śmierci pisał Lechoń w Dzienniku: „W sobotę umarła Mary Parker, ciotka [powinno być – córka; błędne odczytanie rękopisu przez Stefanię i Juliusza Sakowskich – B.D.] Cecylii Burrowej. Burrowa powiedziała w niedzielę rano do Żanci Higersbergerowej: «Zadzwoń do Leszka i powiedz, co mi się stało». Rozumiem ją. Jedną z pociech późnego wieku jest myśl, że się odejdzie przed bliskimi. Biedna Cecylia. Trzymała rękę Mary w swej ręce do śmierci i po śmierci – w nadziei, że tamta to czuje i że w tej najsamotniejszej chwili nie jest samotna. Myślę o tym uporczywie i jakby uroczyście” (J. Lechoń, Dziennik, wstęp i konsultacja edytorska Roman Loth, Warszawa 1992, t. 1, notatka z 6 lipca 1950 r., s. 341)., ani tego, że uważa, że my jeszcze możemy „odkwitnąć czy rozkwitnąć”. Po takich powiedzeniach goście powinni być bici po głowie i odstawieni do stacji albo przynajmniej pozbawieni deseru. To oczywiście teoria i rozumiem, że musieliście okazać jej rewanż za jej gościnność, ale mówię to zarówno do Ciebie, jak do siebie – ta Aniela to „plus de poufance que de znajomanse”Żart językowy nadający quasi-francuską formę polskiemu powiedzeniu: więcej poufałości niż znajomości.. A zresztą niech ją Czapski kocha i gęś kopnie. Jestem od wczoraj w Washingtonie, gdzie jest chłodno, boska cisza, zupełna wieś – nie wiem, czy to długo potrwa, bo jak wiesz, to zasadniczo najcieplejszy w lecie punkt tej części kraju – ale dom Wszelakich jest bardzo wysoko. Na razie – raj – pukam w stół – i mam nadzieję, że odpocznę tutaj przed „sezonem”, który nas wszystkich czeka, bez względu na najpiękniejsze nasze plany. Przedwczoraj byłem proszony na śniadanie przez Gidyńskiego, który mi zaproponował stałą pracę – komentarze polityczne trzy razy na tydzień dla „Voice of America” – dobrze płatne. Jest to, zdaje się, zarówno rezultat reorganizacji i rozszerzenia tej propagandy, jak też obaw Gidyńskiego, że może go będą się czepiać, że nic nie zrobił – co zresztą byłoby niesłuszne, bo cała „Voice” nic nie zrobiłaZapewne dotyczy to programów radiowych tej stacji w kontekście konfliktu na Dalekim Wschodzie.. Odmówiłem bez wahania, wzbudzając, zdaje się, podziw dla mej stanowczości, jak również wdzięczność, że się nie pcham na posady, z których może mógłbym awansować. Ciekaw jestem tylko, czy wizyty, które Ty również miałeś w mojej sprawie, były już skutkiem tych planów. Oczywiście, nie jest to ostatni zamach na moją wolność i moje pisanieTym samym odczuciom dał wyraz Lechoń, odnotowując rozmowę z Józefem Gidyńskim w Dzienniku: „Dziś Gidyński zaproponował mi posadę – myślę, że dobrą – w Voice of America. Odmówiłem bez chwili wahania, zdecydowany na to, co napisałem do Janka Ciechanowskiego: «minimum egzystencji i maksimum czasu na pisanie»” (J. Lechoń, Dziennik, wstęp i konsultacja edytorska Roman Loth, Warszawa 1992, t. 1, notatka z 7 lipca 1950 r., s. 342). – bo jest tu teraz „pospolite ruszenie” i pójdzie dzika forsa na propagandę, przy której obłowią się wszyscy kombinatorzy i idioci. Dobrze byłoby pomyśleć, aby się coś uszczknęło i dla porządnych ludzi i spraw. Za parę dni napiszę Ci, co się tutaj dowiedziałem – na razie jest to kubeł bardzo zimnej wody, spod której nie wszyscy się otrząsną. I będą różni winni – wśród których też dużo niewinnych. N a k o ń c u m i e s i ą c a J u g o s ł a w i aTe wojenne prognozy – z niejakim uznaniem dla własnej znajomości polityki – zanotował Lechoń tego samego dnia w Dzienniku: „Rano mówiłem moim gospodarzom, że bolszewicy – przekonawszy się, że Ameryka jest nieuzbrojona – powinni pójść na Jugosławię. Po południu Drew Pearson zapowiedział ten atak na drugą połowę miesiąca” (J. Lechoń, Dziennik, dz. cyt., t. 1, notatka z 9 lipca 1950 r., s. 343).. Już jest wojna i albo wrócimy niedługo do Polski, albo nigdy. Uważam, że połowa Londynu powinna się tu przenieść. Podobno przyjeżdża Hemar zaangażowany przez Free Europe i Tadeusz Nowakowski. Teraz myślę, że Mietek też powinien tu przyjechać i tutaj przenieść „Wiadomości”. Do Mietka wysyłam całe moje przemówienie z Twego wieczoruTu w odpisie maszynopisowym dopisek ołówkiem ręką Haliny Wierzyńskiej: „Wieczór 35-lecia pracy literackiej 18 marca + omówienie w «Wiadomościach» 27 czerwca 1954” – ale w istocie chodzi o wieczór poświęcony Życiu Chopina. Zob. list z 7 lipca 1950. Przyznam Ci się, że jestem tak psychicznie zmęczony, że nie zdołałbym tego przerobić – a tak będzie to zarazem upamiętnienie tego wieczoru i reklama książki. Daruj mi, że nie robię innego wysiłku, ale byłby on nieudany, więc nie mam co go podejmować. Jeżeli mi się uda i pogoda będzie taka jak teraz, zostanę tu do końca miesiącaZ notatek w Dzienniku wynika, że Lechoń pozostał w Waszyngtonie u Wszelakich do 1 sierpnia., co powinno mnie uspokoić i dać mi siły do kończenia Balu u senatora. Na nudy i brak sensacji nie będzie co narzekać, boję się nawet, żeby życie nie zrobiło się nadto ciekawe. To, czego Moskale dowiedzieli się o tym kraju na podstawie doświadczeń koreańskich, może im podsunąć myśli, że przecież bombardowanie Paryża i Berlina jest to zabawka bez większego ryzyka. Niestety! Zdaje się, że wojsko polskie już za parę tygodni będzie się biło w Jugosławii. Mój drogi! Jeszcze raz Ci dziękuję, Tobie i Halusi, za gościnę. Na pewno przez jakieś dziesięć dni jeszcze możesz pisać Jan Lechoń c/o Jan Wszelaki 3440 34th Place Washington 16 D.C. Ściskam Cię najserdeczniej.
Pisz koniecznie i zaraz.
Leszek
Wszystkie
Czasopismo
„Wiadomości” (1)
Miejsce
3440 34th Place Washington 16 D.C. (1)
Berlin (1)
Jugosławia (2)
Londyn (1)
Paryż (1)
Waszyngton (1)
Organizacja
National Committee for Free Europe (Narodowy Komitet Wolnej Europy) (1)
Voice of America (2)
Osoba
Czapski Józef (1)
Gidyński Józef Kazimierz (Joseph C.) pseud. Kazimierz Węgrzecki (2)
Grydzewski Mieczysław właśc. Jerzy Grycendler (2)
Hemar Marian właśc. Jan Marian Hescheles (1)
Lechoń Jan (1)
Mieczysławska Aniela z domu Lilpop secundo voto Raczyńska (2)
Nowakowski Tadeusz (1)
Parker Mary (1)
Wierzyńska Halina (2)
Wierzyński Kazimierz (1)
Wszelacy Jan i Maria (1)
Wszelaki Jan (1)
Utwór
Bal u Senatora (1)

Publikacja

Miejsce w katalogu

Informacje bibliograficzne

List pisany niebieskim długopisem dwustronnie na arkuszu szarego papieru listowego; dokładna data – 9 lipca 1950 – ustalona na podstawie: notatek w „Dzienniku” o śmierci Mary Parker (córki Cecylii Burrowej), 6 lipca 1950, rozmowie z Gidyńskim, 7 lipca 1950, i pobycie w Waszyngtonie od 8 lipca – oraz na podstawie kalendarza; na odpisie maszynopisowym dopisek ołówkiem ręką Haliny Wierzyńskiej: „1954 (?)”, ale to błędne ustalenie.

Język:

pl

Oryginał

Data utworzenia: 2018-06-24 10:23:52
Miejsce utworzenia: Waszyngton
Washington niedziela wieczór
Drogi Kaziu! W chwili, gdy przyszedł Twój list, zabierałem się akurat, aby napisać „la lettre au château”Franc.: list do zamku, aby Halusi i Tobie jak najserdeczniej podziękować za ten cudny week-end. Nabrałem na nim perspektywy do patrzenia na moje kłopoty, decyzji do odpoczynku i jeszcze większej do Was miłości. O kaczce, kurce i schabiku nie mówię – bo mi brak słów. Nie będę przed Tobą ukrywał, że uważam tego rodzaju delicje za przywilej, z którego powinna tylko korzystać klasa A, a klasa B albo C, nawet jeżeli okazywałaby dobre serce, powinna być dopuszczana do tych cudów tylko przez szybę albo warunkowo. Anieli nie mogę darować ani jej głupoty, ani różnych objawów jej „charakteru” w guście tego rzymskiego postawienia się z powodu śmierci Mary ParkerTrudno ustalić, jakie zachowanie Mieczysławskiej komentuje krytycznie Lechoń. O jej śmierci pisał Lechoń w Dzienniku: „W sobotę umarła Mary Parker, ciotka [powinno być – córka; błędne odczytanie rękopisu przez Stefanię i Juliusza Sakowskich – B.D.] Cecylii Burrowej. Burrowa powiedziała w niedzielę rano do Żanci Higersbergerowej: «Zadzwoń do Leszka i powiedz, co mi się stało». Rozumiem ją. Jedną z pociech późnego wieku jest myśl, że się odejdzie przed bliskimi. Biedna Cecylia. Trzymała rękę Mary w swej ręce do śmierci i po śmierci – w nadziei, że tamta to czuje i że w tej najsamotniejszej chwili nie jest samotna. Myślę o tym uporczywie i jakby uroczyście” (J. Lechoń, Dziennik, wstęp i konsultacja edytorska Roman Loth, Warszawa 1992, t. 1, notatka z 6 lipca 1950 r., s. 341)., ani tego, że uważa, że my jeszcze możemy „odkwitnąć czy rozkwitnąć”. Po takich powiedzeniach goście powinni być bici po głowie i odstawieni do stacji albo przynajmniej pozbawieni deseru. To oczywiście teoria i rozumiem, że musieliście okazać jej rewanż za jej gościnność, ale mówię to zarówno do Ciebie, jak do siebie – ta Aniela to „plus de poufance que de znajomanse”Żart językowy nadający quasi-francuską formę polskiemu powiedzeniu: więcej poufałości niż znajomości.. A zresztą niech ją Czapski kocha i gęś kopnie. Jestem od wczoraj w Washingtonie, gdzie jest chłodno, boska cisza, zupełna wieś – nie wiem, czy to długo potrwa, bo jak wiesz, to zasadniczo najcieplejszy w lecie punkt tej części kraju – ale dom Wszelakich jest bardzo wysoko. Na razie – raj – pukam w stół – i mam nadzieję, że odpocznę tutaj przed „sezonem”, który nas wszystkich czeka, bez względu na najpiękniejsze nasze plany. Przedwczoraj byłem proszony na śniadanie przez Gidyńskiego, który mi zaproponował stałą pracę – komentarze polityczne trzy razy na tydzień dla „Voice of America” – dobrze płatne. Jest to, zdaje się, zarówno rezultat reorganizacji i rozszerzenia tej propagandy, jak też obaw Gidyńskiego, że może go będą się czepiać, że nic nie zrobił – co zresztą byłoby niesłuszne, bo cała „Voice” nic nie zrobiłaZapewne dotyczy to programów radiowych tej stacji w kontekście konfliktu na Dalekim Wschodzie.. Odmówiłem bez wahania, wzbudzając, zdaje się, podziw dla mej stanowczości, jak również wdzięczność, że się nie pcham na posady, z których może mógłbym awansować. Ciekaw jestem tylko, czy wizyty, które Ty również miałeś w mojej sprawie, były już skutkiem tych planów. Oczywiście, nie jest to ostatni zamach na moją wolność i moje pisanieTym samym odczuciom dał wyraz Lechoń, odnotowując rozmowę z Józefem Gidyńskim w Dzienniku: „Dziś Gidyński zaproponował mi posadę – myślę, że dobrą – w Voice of America. Odmówiłem bez chwili wahania, zdecydowany na to, co napisałem do Janka Ciechanowskiego: «minimum egzystencji i maksimum czasu na pisanie»” (J. Lechoń, Dziennik, wstęp i konsultacja edytorska Roman Loth, Warszawa 1992, t. 1, notatka z 7 lipca 1950 r., s. 342). – bo jest tu teraz „pospolite ruszenie” i pójdzie dzika forsa na propagandę, przy której obłowią się wszyscy kombinatorzy i idioci. Dobrze byłoby pomyśleć, aby się coś uszczknęło i dla porządnych ludzi i spraw. Za parę dni napiszę Ci, co się tutaj dowiedziałem – na razie jest to kubeł bardzo zimnej wody, spod której nie wszyscy się otrząsną. I będą różni winni – wśród których też dużo niewinnych. N a k o ń c u m i e s i ą c a J u g o s ł a w i aTe wojenne prognozy – z niejakim uznaniem dla własnej znajomości polityki – zanotował Lechoń tego samego dnia w Dzienniku: „Rano mówiłem moim gospodarzom, że bolszewicy – przekonawszy się, że Ameryka jest nieuzbrojona – powinni pójść na Jugosławię. Po południu Drew Pearson zapowiedział ten atak na drugą połowę miesiąca” (J. Lechoń, Dziennik, dz. cyt., t. 1, notatka z 9 lipca 1950 r., s. 343).. Już jest wojna i albo wrócimy niedługo do Polski, albo nigdy. Uważam, że połowa Londynu powinna się tu przenieść. Podobno przyjeżdża Hemar zaangażowany przez Free Europe i Tadeusz Nowakowski. Teraz myślę, że Mietek też powinien tu przyjechać i tutaj przenieść „Wiadomości”. Do Mietka wysyłam całe moje przemówienie z Twego wieczoruTu w odpisie maszynopisowym dopisek ołówkiem ręką Haliny Wierzyńskiej: „Wieczór 35-lecia pracy literackiej 18 marca + omówienie w «Wiadomościach» 27 czerwca 1954” – ale w istocie chodzi o wieczór poświęcony Życiu Chopina. Zob. list z 7 lipca 1950. Przyznam Ci się, że jestem tak psychicznie zmęczony, że nie zdołałbym tego przerobić – a tak będzie to zarazem upamiętnienie tego wieczoru i reklama książki. Daruj mi, że nie robię innego wysiłku, ale byłby on nieudany, więc nie mam co go podejmować. Jeżeli mi się uda i pogoda będzie taka jak teraz, zostanę tu do końca miesiącaZ notatek w Dzienniku wynika, że Lechoń pozostał w Waszyngtonie u Wszelakich do 1 sierpnia., co powinno mnie uspokoić i dać mi siły do kończenia Balu u senatora. Na nudy i brak sensacji nie będzie co narzekać, boję się nawet, żeby życie nie zrobiło się nadto ciekawe. To, czego Moskale dowiedzieli się o tym kraju na podstawie doświadczeń koreańskich, może im podsunąć myśli, że przecież bombardowanie Paryża i Berlina jest to zabawka bez większego ryzyka. Niestety! Zdaje się, że wojsko polskie już za parę tygodni będzie się biło w Jugosławii. Mój drogi! Jeszcze raz Ci dziękuję, Tobie i Halusi, za gościnę. Na pewno przez jakieś dziesięć dni jeszcze możesz pisać Jan Lechoń c/o Jan Wszelaki 3440 34th Place Washington 16 D.C. Ściskam Cię najserdeczniej.
Pisz koniecznie i zaraz.
Leszek