Zaloguj się
Aktualizacja: 29 listopad 2018
(utw. 2 sierpień 2017, 13:12)
Pokaż ingerencje edytorskie Pokaż poprawki autorskie Pokaż nieustalone/nieczytelne

Drogi Kaziu!
Bardzo Ci dziękuję za listList ten nie zachował się. i za ciepłe w naszym starym stylu słowa. Możesz być i, myślę, jesteś pewny, że niczego bardziej nie pragnę, niż pisać, po prostu pisać i że wszystko inne wydaje mi się nieważne i nieprodukcyjne. Niestety! Moje życie układa się bardzo dla tych umiłowań i celów nieprzychylnie. Finansowo biorąc, jestem w nędzy bez przyszłości, która nikogo oprócz najcierpliwszego i najbardziej dżentelmeńskiego Stasia Strzetelskiego nie obchodzi. Rezultat tego już jest widoczny i taki właśnie, jaki przewidywałem, kiedy rok temu po operacji chciałem zapewnić sobie bezskutecznie jakąś opiekę finansową, która by mi pozwoliła na roczną rekonwalescencję. Ten rok nie była to bynajmniej rekonwalescencja, ale s z a m o t a n i e się chorego człowieka gorsze niż kiedykolwiek w życiu. Jako skutek tego mam od dwóch miesięcy tajemniczą gorączkę, której powodów Jachimowicz nie jest dotąd w stanie dociec. Chudy, blady, nie sypiam, jestem w stanie nerwów budzącym tutaj w domu najwyższy niepokój. Osobiście czuję się tak samo albo prawie gorzej niż na krótko przed operacją. Jest podejrzenie, że to tarczyca. Słowem: zdycham jako człowiek, a na pewno jako pisarz na oczach społeczeństwa, które bez trudu mogłoby mnie uratować i uratować mnie powinno. No, ale nie chce. Więc jebał pies wszystkich.
W tym, co piszę, nie ma ani słowa przesady i rezerwuję sobie piękną stronicę do mojego pośmiertnego listu z nazwiskami i detalami. „Tygodnik”Ostatni numer „Tygodnika Polskiego” (nr 16) ukazał się 22 czerwca 1947 r. upadł – dobity przejściem Strakacza na stronę „Polish Review” wskutek jakiejś duchowo-materialnej spółki zawartej między Ogniskiem, Strakaczami i „Polish Review”. Nawet nie mam sił żałować tej prawdziwej straty i nie mam zdrowia gorszyć się tym skandalem, jakim jest zabicie łącznie przez emigrację i Polonię jedynego już obecnie niezależnego pisma polskiego na świecieDla tradycyjnej Polonii, wywodzącej się z emigracji ekonomicznej i na ogół niezbyt wykształconej, „Tygodnik Polski” miał charakter nadmiernie intelektualny; dla emigracji wojennej – wbrew wyrażonej przez rozgoryczonego Lechonia opinii – nie był jedynym interesującym pismem, bo w tym czasie wychodziły już londyńskie „Wiadomości” (od kwietnia 1946 r.), mające zbliżony profil i publikujące podobne treści. – zarazem o polityce i literaturze. Do Obierka nie mam żadnych pretensji, bo ostatecznie i on naszamotał się niemało. Inna sprawa, że w życiu całym tyle chamstwa i niedelikatności, co z nim, się nie najadłem. Z Londynu jeszcze przed nominacją Bora miałem długi list od Tadeusza Gwiazdoskiego, który prowadzi Zaleskiemu gabinet i jest jedną z kolumn podtrzymujących bardzo już potrzaskany gmach tej symbolicznej suwerenności. To, co mi pisał – później „stało” w gazetach, poza oczywiście wiadomością, że Sakowski, zasraniec, poszedł za KwapińskimLechoń nawiązuje do kryzysu politycznego (zwanego „czerwcowym”), powstałego w wyniku nominowania Augusta Zaleskiego na kolejnego prezydenta RP przez ciężko chorego urzędującego prezydenta Władysława Raczkiewicza, którego następcą formalnie od 1944 r. był ówczesny premier Tomasz Arciszewski. Zaprzysiężenie Zaleskiego pociągnęło za sobą dymisję rządu Arciszewskiego i powołanie na stanowisko premiera gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, który stworzył rząd w poprzednim składzie, ale bez Arciszewskiego i popierającego go Kwapińskiego. Przebieg kryzysu wyczerpująco opisał R. Habielski, Kryzysy prezydenckie 1947 i 1954 roku. Ich antecedencje i następstwa, w: Warszawa nad Tamizą. Z dziejów polskiej emigracji politycznej po drugiej wojnie światowej, red. A. Friszke, Warszawa 1994, s. 19–28.. Z Henrykiem byłem ciągle w kontakcie, co omal życiem nie przypłaciłem – jeżdżąc w najgorsze upały na różne z nim sympozjonySympozjon – w starożytnej Grecji forma życia towarzyskiego mężczyzn z arystokracji, sceneria dyskusji filozoficznych i politycznych. Tu Lechoń poniekąd żartobliwie komentuje postawę Rajchmana, który aspirował do odgrywania ważnej roli w polityce na emigracji.. Myślę, że dużo się przyczyniłem do zachwiania w nim przekonania, że bez niego Zaleski absolutnie nie da sobie rady. Nie bardzo dobrze odczytałem, co mi w swoim liście piszesz – o niepisaniu do krajuZapewne w liście Wierzyńskiego była mowa o przyjętej w 1947 r. Uchwale Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie o niepublikowaniu przez pisarzy pozostających na wychodźstwie w pismach i wydawnictwach krajowych ze względu na reżimową cenzurę, propagowanie „literatury postulowanej”, naciski na pisarzy łączące ich działalność z bieżącymi interesami politycznymi reżimowej ideologii. O recepcji tej ustawy w środowiskach emigracyjnych szerzej zob. R. Habielski, Niezłomni, nieprzejednani. Emigracyjne „Wiadomości” i ich krąg 1940–1981, Warszawa 1991.. Myślę, że nasza nieśmiertelność zależy od tego, abyśmy tam nie drukowali, my właśnie i choćby my jedni. No i oczywiście od tych wierszy i tej prozy, której nie napiszę, bo umrę na skutek skurwysyństwa rodaków.
Bardzo Cię tu szukał Horodyński, przybyły z Polski, ten ostatni z wymordowanej przez Niemców rodziny. Ma dla Ciebie uściski i pretensje od Pniewskiego, który żąda od Ciebie listu. Zarabia podobno jak za dawnych czasów, wydał Barbarę za młodego Krasińskiego, jest wielką fiszą, przyjmuje ludzi – wszystko to, jak twierdzi Horodyński, jest w porządku i jest szanowany przez porządnych ludzi bardziej niż Antoni Dygat, który wyjechał i zrobił majątek w Brazylii. Poza tym wszystko do dupy. Zosia Kochańska dała mi do czytania Le SabbatZofia Kochańska zapewne nie bez kozery poleciła Lechoniowi tę lekturę, w jego dzienniku czytamy bowiem: „Zosia nic nie robi tylko czyta, chodzi na koncerty i przyjmuje – ale nikomu na myśl by nie przyszło powiedzieć o niej, że próżnuje. Żyje ona tak, jak żyło się w czasach, kiedy człowiek i jego doskonałość były ważniejsze niż – jakże niewymierna «produktywność», jak w czasach miłości, salonów i klasztorów. Maurice Sachs w swojej zresztą obrzydliwej książce Le Sabbat napisał o niej: «Jedyna kobieta, u której chciałbym spędzić wszystkie popołudnia mego życia»” (J. Lechoń, Dziennik, dz. cyt., t. 1, notatka z 3 września 1949, s. 30)., sensację paryską napisaną przez Maurycego Sachsa. Zaleciało na mnie najgorszą kloaką zdechłej Europy. To nie są Wyznania Jana Jakuba, ale „Wysrania”, a to gruba różnica. Aubrey byłby moją największą pociechą, gdyby nie to, że nie mogę z nim być szczery, bo nie chcę psuć jego opinii o Polakach.
Mój drogi! Ściskam Cię serdecznie, Kasię całuję, napisz do mnie jak najprędzej.
Leszek
Wszystkie
Czasopismo
„Polish Review” (2)
„Tygodnik Polski” (2)
Miejsce
Londyn (1)
Sea Cliff (1)
Organizacja
Ognisko Polskie (1)
Osoba
Dygat Antoni (1)
Floyar-Rajchman Henryk (1)
Gwiazdoski Tadeusz (1)
Horodyński Dominik (2)
Jachimowicz Jan (1)
Johnston Aubrey Hayes (1)
Kochańska Zofia z domu Kohn (1)
Komorowski Tadeusz pseud. Bór (1)
Krasiński Andrzej pseud. Bojar (1)
Kwapiński Jan właśc. Piotr Edmund Chałupka (1)
Lechoń Jan (1)
Obierek Leopold J. (1)
Pniewska Barbara Elżbieta (1)
Pniewski Bohdan (1)
Rousseau Jean-Jacques (1)
Sachs Maurice właśc. Maurice Ettinghausen (1)
Sakowski Juliusz (1)
Strakacz Sylwin (1)
Strakaczowie Sylwin i Aniela (1)
Strzetelski Stanisław (1)
Wierzyńska Halina (1)
Wierzyński Kazimierz (1)
Zaleski August (2)
Utwór
Le Sabbat (1)
Wyznania (1)

Publikacja

Miejsce w katalogu

Informacje bibliograficzne

List pisany granatowym atramentem jednostronnie na dwóch arkuszach szaroniebieskiego papieru listowego.

Język:

pl

Oryginał

Data utworzenia: 2017-08-02 13:12:43

Drogi Kaziu!
Bardzo Ci dziękuję za listList ten nie zachował się. i za ciepłe w naszym starym stylu słowa. Możesz być i, myślę, jesteś pewny, że niczego bardziej nie pragnę, niż pisać, po prostu pisać i że wszystko inne wydaje mi się nieważne i nieprodukcyjne. Niestety! Moje życie układa się bardzo dla tych umiłowań i celów nieprzychylnie. Finansowo biorąc, jestem w nędzy bez przyszłości, która nikogo oprócz najcierpliwszego i najbardziej dżentelmeńskiego Stasia Strzetelskiego nie obchodzi. Rezultat tego już jest widoczny i taki właśnie, jaki przewidywałem, kiedy rok temu po operacji chciałem zapewnić sobie bezskutecznie jakąś opiekę finansową, która by mi pozwoliła na roczną rekonwalescencję. Ten rok nie była to bynajmniej rekonwalescencja, ale s z a m o t a n i e się chorego człowieka gorsze niż kiedykolwiek w życiu. Jako skutek tego mam od dwóch miesięcy tajemniczą gorączkę, której powodów Jachimowicz nie jest dotąd w stanie dociec. Chudy, blady, nie sypiam, jestem w stanie nerwów budzącym tutaj w domu najwyższy niepokój. Osobiście czuję się tak samo albo prawie gorzej niż na krótko przed operacją. Jest podejrzenie, że to tarczyca. Słowem: zdycham jako człowiek, a na pewno jako pisarz na oczach społeczeństwa, które bez trudu mogłoby mnie uratować i uratować mnie powinno. No, ale nie chce. Więc jebał pies wszystkich.
W tym, co piszę, nie ma ani słowa przesady i rezerwuję sobie piękną stronicę do mojego pośmiertnego listu z nazwiskami i detalami. „Tygodnik”Ostatni numer „Tygodnika Polskiego” (nr 16) ukazał się 22 czerwca 1947 r. upadł – dobity przejściem Strakacza na stronę „Polish Review” wskutek jakiejś duchowo-materialnej spółki zawartej między Ogniskiem, Strakaczami i „Polish Review”. Nawet nie mam sił żałować tej prawdziwej straty i nie mam zdrowia gorszyć się tym skandalem, jakim jest zabicie łącznie przez emigrację i Polonię jedynego już obecnie niezależnego pisma polskiego na świecieDla tradycyjnej Polonii, wywodzącej się z emigracji ekonomicznej i na ogół niezbyt wykształconej, „Tygodnik Polski” miał charakter nadmiernie intelektualny; dla emigracji wojennej – wbrew wyrażonej przez rozgoryczonego Lechonia opinii – nie był jedynym interesującym pismem, bo w tym czasie wychodziły już londyńskie „Wiadomości” (od kwietnia 1946 r.), mające zbliżony profil i publikujące podobne treści. – zarazem o polityce i literaturze. Do Obierka nie mam żadnych pretensji, bo ostatecznie i on naszamotał się niemało. Inna sprawa, że w życiu całym tyle chamstwa i niedelikatności, co z nim, się nie najadłem. Z Londynu jeszcze przed nominacją Bora miałem długi list od Tadeusza Gwiazdoskiego, który prowadzi Zaleskiemu gabinet i jest jedną z kolumn podtrzymujących bardzo już potrzaskany gmach tej symbolicznej suwerenności. To, co mi pisał – później „stało” w gazetach, poza oczywiście wiadomością, że Sakowski, zasraniec, poszedł za KwapińskimLechoń nawiązuje do kryzysu politycznego (zwanego „czerwcowym”), powstałego w wyniku nominowania Augusta Zaleskiego na kolejnego prezydenta RP przez ciężko chorego urzędującego prezydenta Władysława Raczkiewicza, którego następcą formalnie od 1944 r. był ówczesny premier Tomasz Arciszewski. Zaprzysiężenie Zaleskiego pociągnęło za sobą dymisję rządu Arciszewskiego i powołanie na stanowisko premiera gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, który stworzył rząd w poprzednim składzie, ale bez Arciszewskiego i popierającego go Kwapińskiego. Przebieg kryzysu wyczerpująco opisał R. Habielski, Kryzysy prezydenckie 1947 i 1954 roku. Ich antecedencje i następstwa, w: Warszawa nad Tamizą. Z dziejów polskiej emigracji politycznej po drugiej wojnie światowej, red. A. Friszke, Warszawa 1994, s. 19–28.. Z Henrykiem byłem ciągle w kontakcie, co omal życiem nie przypłaciłem – jeżdżąc w najgorsze upały na różne z nim sympozjonySympozjon – w starożytnej Grecji forma życia towarzyskiego mężczyzn z arystokracji, sceneria dyskusji filozoficznych i politycznych. Tu Lechoń poniekąd żartobliwie komentuje postawę Rajchmana, który aspirował do odgrywania ważnej roli w polityce na emigracji.. Myślę, że dużo się przyczyniłem do zachwiania w nim przekonania, że bez niego Zaleski absolutnie nie da sobie rady. Nie bardzo dobrze odczytałem, co mi w swoim liście piszesz – o niepisaniu do krajuZapewne w liście Wierzyńskiego była mowa o przyjętej w 1947 r. Uchwale Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie o niepublikowaniu przez pisarzy pozostających na wychodźstwie w pismach i wydawnictwach krajowych ze względu na reżimową cenzurę, propagowanie „literatury postulowanej”, naciski na pisarzy łączące ich działalność z bieżącymi interesami politycznymi reżimowej ideologii. O recepcji tej ustawy w środowiskach emigracyjnych szerzej zob. R. Habielski, Niezłomni, nieprzejednani. Emigracyjne „Wiadomości” i ich krąg 1940–1981, Warszawa 1991.. Myślę, że nasza nieśmiertelność zależy od tego, abyśmy tam nie drukowali, my właśnie i choćby my jedni. No i oczywiście od tych wierszy i tej prozy, której nie napiszę, bo umrę na skutek skurwysyństwa rodaków.
Bardzo Cię tu szukał Horodyński, przybyły z Polski, ten ostatni z wymordowanej przez Niemców rodziny. Ma dla Ciebie uściski i pretensje od Pniewskiego, który żąda od Ciebie listu. Zarabia podobno jak za dawnych czasów, wydał Barbarę za młodego Krasińskiego, jest wielką fiszą, przyjmuje ludzi – wszystko to, jak twierdzi Horodyński, jest w porządku i jest szanowany przez porządnych ludzi bardziej niż Antoni Dygat, który wyjechał i zrobił majątek w Brazylii. Poza tym wszystko do dupy. Zosia Kochańska dała mi do czytania Le SabbatZofia Kochańska zapewne nie bez kozery poleciła Lechoniowi tę lekturę, w jego dzienniku czytamy bowiem: „Zosia nic nie robi tylko czyta, chodzi na koncerty i przyjmuje – ale nikomu na myśl by nie przyszło powiedzieć o niej, że próżnuje. Żyje ona tak, jak żyło się w czasach, kiedy człowiek i jego doskonałość były ważniejsze niż – jakże niewymierna «produktywność», jak w czasach miłości, salonów i klasztorów. Maurice Sachs w swojej zresztą obrzydliwej książce Le Sabbat napisał o niej: «Jedyna kobieta, u której chciałbym spędzić wszystkie popołudnia mego życia»” (J. Lechoń, Dziennik, dz. cyt., t. 1, notatka z 3 września 1949, s. 30)., sensację paryską napisaną przez Maurycego Sachsa. Zaleciało na mnie najgorszą kloaką zdechłej Europy. To nie są Wyznania Jana Jakuba, ale „Wysrania”, a to gruba różnica. Aubrey byłby moją największą pociechą, gdyby nie to, że nie mogę z nim być szczery, bo nie chcę psuć jego opinii o Polakach.
Mój drogi! Ściskam Cię serdecznie, Kasię całuję, napisz do mnie jak najprędzej.
Leszek