Zaloguj się

O edycji korespondencji Jana Lechonia i Kazimierza Wierzyńskiego

Nazwisk tytułowych bohaterów nie trzeba opatrywać informacjami biograficznymi ani komentarzem na temat roli, jaką odegrali w polskiej literaturze XX wieku. Warto jednak przypomnieć, że aktywność literacka, a nade wszystko przyjaźń łączyły ich nieprzerwanie przez 38 lat – mniej więcej od grudnia 1918 roku, czyli od najwcześniejszych początków kawiarni literackiej Pod Picadorem, aż do samobójczej śmierci Lechonia w czerwcu 1956 roku. Ich uczestnictwo w głównym nurcie życia literacko-artystycznego dwudziestolecia międzywojennego, powiązania z ówczesną elitą intelektualną i polityczną, później dramatyczny wojenny exodus z okupowanej Europy przez Brazylię do Stanów Zjednoczonych, wreszcie długie lata wygnańczego losu w Ameryce, naznaczonego z jednej strony dramatami w wymiarze osobistym (życia prywatnego i twórczości literackiej), a z drugiej – niezmordowaną aktywnością polityczno-patriotyczną w środowisku emigracji niepodległościowej, sprawiają, że listy wymieniane między tymi dwoma najbliższymi sobie przyjaciółmi zainteresować mogą nie tylko historyków czy literaturoznawców, ale także po prostu miłośników literatury.

Pierwszy na istnienie trójgłosu korespondencyjnego Lechoń–Wierzyński–Grydzewski zwrócił uwagę Stanisław Kaszyński w opublikowanym jesienią 1988 roku obszernym artykule Nad listami do Jana Lechonia. Pisał w nim:

Przyszła publikacja tego trójgłosu rozświetli nie tylko trwałe, bo po śmierci poety istniejące więzy przyjaźni, wskaże także na dzieje twórczości i towarzyszącą jej bujną działalność redaktorską, popularyzatorską, edytorską i chyba przybliży meandry egzystencji, wegetacji politycznej i prywatnej, ujawni niejeden ważny szczegół w ich biografiach.[1]

Dwa lata później Edward Krasiński w nocie wstępnej do edycji Ośmiu listów Jana Lechonia do Mieczysława Grydzewskiego (1945– 1947) pisał:

Opublikowanie bloku listów w trójgłosie Lechoń–Grydzewski–Wierzyński wydaje się nieodzowne, pilne i teraz chyba możliwe. Posiadam dostępny na razie komplet listów Lechonia do Grydzewskiego oraz Wierzyńskiego do Lechonia, mam nadzieję na otrzymanie reszty kserokopii listów Grydzewskiego do Lechonia, które sumiennie przeczytałem i wynotowałem w nowojorskim Polskim Instytucie Naukowym. Staram się dotrzeć do listów Lechonia do Wierzyńskiego znajdujących się w Bibliotece Polskiej w Londynie. Pokonać przeszkody, nieufności, prawa spadkowe, znaleźć jakiegoś sponsora – to trud w naszych warunkach niemal syzyfowy. Do tego skazany jestem na pertraktacje jedynie korespondencyjne. A taki wymarzony obszerny tom korespondencji – to wspaniała panorama życia i twórczości polskiej emigracji, którą dopiero dzisiaj próbuje się łączyć i pojednać z literaturą krajową, wpisując do wspólnego inwentarza kultury narodowej.[2]

 Jednak ani profesor Kaszyński, ani profesor Krasiński nie urzeczywistnili planów edytorskich w zakresie publikacji listów skamandrytów.

Przed dziesięciu laty ukazała się pierwsza część wspomnianego trójgłosu korespondencyjnego w opracowaniu Beaty Dorosz. Wydane w dwu tomach Listy 1923–1956 Jana Lechonia i Mieczysława Grydzewskiego zawierały łącznie 475 ocalałych listów. Obecnie oddajemy do rąk czytelników listy wymieniane przez Lechonia i Wierzyńskiego w latach 1941–1956[3]. Edycja korespondencji między Wierzyńskim a Grydzewskim z lat 1940–1969 (łącznie ponad 1100 jednostek epistolograficznych) planowana jest w roku 2020.

*

Wydawałoby się, że skoro w Polskim Instytucie Naukowym (PIN) w Nowym Jorku od 1957 roku przechowywane jest archiwum Jana Lechonia, a wyodrębniona tam prywatna korespondencja do poety stanowi bardzo pokaźną część materiałów (pierwszy co do wielkości jej zespół to listy Mieczysława Grydzewskiego, drugi – Wierzyńskiego), i skoro archiwum Kazimierza Wierzyńskiego, wraz z całą przynależną do niego korespondencją, zostało skrupulatnie zgromadzone i złożone przez jego żonę w latach siedemdziesiątych XX wieku w Bibliotece Polskiej w Londynie – stosunkowo proste mogłoby być połączenie w dialog dwu stron tej epistolograficznej komunikacji poetów. Znając ponadto niebywałą troskliwość Haliny Wierzyńskiej o zachowanie najdrobniejszych śladów życia  i twórczości męża oraz jej starania o sprowadzenie nawet z najodleglejszych zakątków świata dotyczących go informacji (kopii jego utworów albo artykułów czy wzmianek prasowych o nim), można by się spodziewać, że w tych dwu miejscach zachowana będzie całość korespondencji Lechoń–Wierzyński. Bliższy jednak ogląd obu tych zasobów (londyńskiego i nowojorskiego) paradoksalnie raczej komplikuje próbę wyjaśnienia, jak powstawały te dwa zbiory archiwalne (albo raczej – co udało się z nich zachować po dziś dzień), i mimo rzeczywistej, a nie tylko pozornej dbałości o zabezpieczenie wszystkich listów dobitnie pokazuje ich niekompletność.

Oto bowiem w Bibliotece Polskiej w Londynie znajdują się różne typy interesujących nas dokumentów:

1. oryginalne listy Lechonia do  Wierzyńskiego

2. trojakiego rodzaju kopie:

  • a) przepisane przez Halinę Wierzyńską (lub inną osobę) na maszynie rękopiśmienne listy Lechonia do Wierzyńskiego (przyczym porównanie ich z oryginałami pokazuje, że w ten sposób skopiowane zostały jednak nie wszystkie),
  • b) przysłane z Nowego Jorku fotokopie listów Wierzyńskiego do Lechonia,
  • c) przepisane przez Wierzyńską (lub inną osobę) na maszynie rękopiśmienne listy Wierzyńskiego do Lechonia, których oryginałów nie ma jednak w PIN (powstaje przy tym kilka pytań: w jaki sposób Wierzyńska miała do nich dostęp? co się z nimi stało po ich przepisaniu? gdzie są obecnie?).

W Nowym Jorku natomiast znajdują się inne oryginalne rękopiśmienne listy Wierzyńskiego do Lechonia, które rozproszone są w różnych miejscach – przede wszystkim w archiwum Lechonia (tak w zbiorze jego korespondencji, jak i pomiędzy innymi materiałami), ale i w innych zespołach archiwalnych (na przykład dotyczących samego PIN czy w skromnym tam stosunkowo archiwum Wierzyńskiego). Gdy Wierzyńska zabiegała o scalenie dwugłosu, z niewyjaśnionych dziś przyczyn najwyraźniej nie wykonano kopii wszystkich oryginalnych listów jej męża do Lechonia znajdujących się w PIN, a wydaje się też, że te, które skopiowano, zostały wybrane raczej przypadkowo, nie zaś według jakichś określonych kryteriów. Z połączenia dostępnych materiałów londyńskich i nowojorskich powstaje zbiór 227 listów wymienianych przez Lechonia i Wierzyńskich w latach 1941–1956, przy czym Lechoń jest autorem 66 (co stanowi 30% całości), Wierzyńscy zaś – 153 listów (70% całości), a Halina Wierzyńska jest aktywnym uczestnikiem tego dialogu, zarówno jako autorka, jak i jako adresatka listów (do tomu zostały też włączone dwa listy wymienione między Lechoniem i Grzegorzem Wierzyńskim, adoptowanym synem Kazimierza i Haliny); w liczbie tej znajduje się również osiem nieopatrzonych datą okolicznościowych kartek, na których do drukowanych życzeń na Boże Narodzenie i Nowy Rok zostały dopisane krótkie osobiste serdeczności. Warto zwrócić uwagę, że proporcje te ulegają zmianie, gdy uwzględni się objętość, jako że listy Lechonia (choć jest ich znacznie mniej) to często wielostronicowe „elaboraty”, Wierzyński zaś pisał częściej, ale jego listy są na ogół krótkie, czasami wręcz lakoniczne, jak choćby kilkuzdaniowe kartki  pocztowe.

Już pobieżna lektura dowodzi, że kolekcja ta jest jednak dalece niekompletna, w wielu miejscach bowiem czytamy, że list jest odpowiedzią na wcześniejszą przesyłkę, która pozostaje nieznana, bo nie zachowała się w zbiorach archiwalnych4; dotyczy to w równym stopniu obu autorów, co po części może być wytłumaczalne w przypadku archiwum Lechonia (które wraz z całym Polskim Instytutem Naukowym trzykrotnie zmieniało siedzibę na Manhattanie, nadto do początku XXI wielu pozostawało w stanie tylko wstępnie uporządkowanym), ale zaskakuje w przypadku archiwum Wierzyńskiego (ze względu na wspomnianą wyżej troskę jego żony o zabezpieczenie spuścizny po nim).

W oryginale wszystkie listy były rękopiśmienne (z wyjątkiem jedynego listu Wierzyńskiego z 4 listopada 1953 roku, pisanego na maszynie, oraz trzech depesz na drukach pocztowych). Dla edytora dysponowanie sporządzonymi przez Wierzyńską maszynopisowymi odpisami części listów jest tylko pozornym ułatwieniem. Charakter pisma obu poetów jest trudno czytelny. Z Lechoniowymi „hieroglifami” (do których przyrównywał jego listy Grydzewski) mierzyli się już inni czytelnicy, z różnym wszakże skutkiem. Problemy miał też – wydawałoby się, dobrze w tej dziedzinie wyćwiczony – Wierzyński, skoro pisał między innymi:

Kochany Leszku, […] odpisuję natychmiast z dwu powodów: 1) List jest kompletnie nieczytelny i wobec tego odpisz zaraz, ale pisz wyraźnie, bym mógł się pieścić każdym słowem. [List z 29 marca 1950 roku]

Bezwzględnie konieczne było więc sczytanie listów Lechonia z autografu i dopiero później, w razie wątpliwości, skonfrontowanie tej lekcji z wersją odtworzoną przez Wierzyńską (lub inną osobę przepisującą na jej zlecenie). Z czym jednak konfrontować część maszynopisowych odpisów Wierzyńskiego, jeśli nie ma oryginałów?

Kolejnym problemem o kapitalnym znaczeniu było datowanie listów, które obaj poeci traktowali równie niefrasobliwie. Dokładną datę znamy zaledwie dla 132 listów, przy czym zapisana na liście przez autora jest tylko w 91 przypadkach, a pozostałe 41 to daty stempla pocztowego na kartkach pocztowych lub na nielicznych zachowanych kopertach; na 56 listach data została zapisana częściowo, na przykład „niedziela 15 XI”, wtedy jednak na ustalenie daty rocznej pozwala połączenie analizy treści listu z oglądem kalendarza; listów w ogóle niedatowanych jest 39, wymagały one głębszej analizy oraz szerzej zakrojonych badań porównawczych. Wierzyńska, dysponując listami Lechonia i kopiami listów męża z Nowego Jorku, starała się ułożyć je chronologicznie w dialog, dlatego wiele z listów opatrzonych jest jej odręczną notatką-dopiskiem, na przykład daty rocznej (czasem ze znakiem zapytania) lub wręcz dokładnej daty (wolno przypuszczać, że na podstawie stempla pocztowego z niezachowanej wszakże do dziś koperty). Zarówno te ustalenia, jak i cały zaproponowany przez nią układ wymagały jednak dokładnego oglądu i koniecznych weryfikacji – tym bardziej że trzeba było włączyć do dialogu nowe teksty, których Wierzyńska nie posiadała.

*

Była to korespondencja o różnej intensywności. Stosunkowo częsta w 1948 roku, kiedy Wierzyńscy mieszkali daleko od Nowego Jorku, w Stockbridge w stanie Massachusetts; ale i po ich przeprowadzce do Sag Harbor (jak na warunki amerykańskie dość blisko od Nowego Jorku, bo zaledwie około 100 km), mimo wspólnej pracy Lechonia i Wierzyńskiego dla Radia Wolna Europa, kiedy poeci widywali się w miarę regularnie na Manhattanie, potrzeba wymiany myśli drogą korespondencyjną była ogromna. Listy nie mogły jednak całkowicie zastąpić spotkań, pisał więc Lechoń:

Musicie wrócić do Nowego Yorku. Nie możesz mieszkać ciągle wśród fiordów i dzikich gęsi, bo się zrobisz Ibsenem. A ja chcę żebyś Ty był jak Sofokles i Eurypides. [List z 29 maja 1950 roku]

Apogeum korespondencji przyjaciół przypada na rok 1950 – dla Lechonia szczególnie dramatyczny. Poeta relacjonował przyjacielowi w listach przede wszystkim kolejne etapy najeżonych najróżniejszymi przeciwnościami starań jego samego i innych oddanych mu ludzi (między innymi Stefana Korbońskiego) o uzyskanie stałego zatrudnienia w National Committee for Free Europe (Komitecie Wolnej Europy), Wierzyński zaś ze swej strony spieszył nie tylko z uspokajającymi słowami, studzącymi emocje, nie tylko z radą, co czynić dalej, ale i sam inicjował kolejne działania, ciągnące się jeszcze do połowy 1951 roku. Wstrząsające przy tym są informacje, jak dalece niektórzy ze środowiska polskich emigrantów starali się udaremnić te zabiegi, uciekając się do różnych nieetycznych metod (na przykład donosy), oraz jak skwapliwie i drobiazgowo Amerykanie „prześwietlali” kandydatów na pracowników tej instytucji (znajdujemy tu między innymi potwierdzenie przesłuchania na temat Lechonia przez agentów FBI nie tylko Wierzyńskiego, o czym wiadomo było już wcześniej z różnych wspomnień, ale także i wielu innych osób). O kaThowskiej niemal absurdalności tej sprawy najlepiej świadczyć może komentarz  Wierzyńskiego:

Powtarzam Ci, że gdybym nie był świadkiem, a po części uczestnikiem afery Fr. Eur. – Lechoń, nie uwierzyłbym w jej przebieg ani nawet istnienie. [List z 7 maja 1951 roku]

Jak bardzo sytuacja ta rzutowała na stan psychiczny Lechonia, świadczy mnóstwo listów, w których zwierzał się przyjacielowi z największą otwartością, szukając wsparcia i wiedząc, że spotka się ze zrozumieniem; pisał między innymi:

Czuję się fatalnie i moja sytuacja, obiektywnie biorąc, jest fatalna. […] Żeby dopełnić tego obrazu – przechodzę retour d’ âge, czy jakieś inne wstrząsy, które mi odbierają pewność, iż tak kierowałem życiem osobistym, jak moja natura mi kazała. Dręczy mnie myśl, że może Ty miałeś rację, namawiając mnie na coś zupełnie innego. To pewno idiotyzm, ale to bardzo głupi stan, takie refleksje, jest on połączony z wyjałowieniem czy zmęczeniem uczuciowym, które odbiera wszelki smak życiu. […] Jestem psychicznie i życiowo na o s t a t n i c h n o g a c h i zupełnie sam. Dlatego błagam Cię, pisz do mnie, bo to jeszcze jedyne, co przerywa jakąś zasłonę beznadziei, która na mnie zapadła. [List z 17 maja 1950 roku]

W innym miejscu dawał wyraz zachwytowi nad wierszami przyjaciela, ale jednocześnie głębokim rozterkom na temat własnej twórczości:

Bardzo, bardzo piękne wiersze. Cały świat i Twój świat własny – uważam, że Twój najbardziej własny – gdzie poruszasz się z budzącą zazdrość lekkością starego Ariela – czy młodego Prospera. Mówię o zazdrości, bo czuję potworny ciężar mej retoryki, mego sexu, mej prozy, […] – gdybym chciał lecieć za Twymi gęsiami – od razu upadłbym i zostałaby po mnie mokra plama. Ściskam Cię serdecznie, mój młody przyjacielu. Osiągnąłeś młodość poetycką – większą niż w Wiośnie i winie – lekkość niezrównaną, a pełną w a g i. Czy zechcesz jeszcze przyjaźnić się z nieudanym oratorem, ciężkim prozatorem, słowem człowiekiem skończonym – jakim jestem? Czy mógłbyś mi dać radę, jak odzyskać talent?

– i podpisał ten list: „Twój były poeta JL” [list z 24 marca 1950 roku]. Odpowiedź była niemal natychmiastowa i wyrażona w „prostych żołnierskich” słowach:

Nie zawracaj sobie głowy „brakiem talentu”, bo przyjadę specjalnie, żeby zbić Cię po mordzie. Jesteś przytomny facet, błyszczysz dowcipem i inteligencją, widzisz ludzi ostro i po swojemu, piszesz po półtorej [strony] dziennie, czego Ty więcej chcesz, wariacie? Nie bądź Wittlinem, bo nim nie jesteś i ta imitacja nie wychodzi. Skończyłem. Proszę ani słowa o tym w listach, a dużo, dużo o czym innym w rękopisie. [List z 29 marca 1950 roku]

 W dalszych latach sporo miejsca zajmuje sprawa przygotowywania audycji Radia Wolna Europa z cyklu Głos wolnych pisarzy, w których obaj poeci uczestniczyli. Interesujący jest wybór i tryb ustalania tematów; pośrednio jednak wyłania się z tych listów przejmujący obraz emigracyjnej nędzy autorów, która – mimo pozorów sukcesów towarzyskich i literackich oraz otaczającej ich atmosfery, którą dziś przypisuje się tak zwanym celebrytom – w upokarzający sposób określała ich codzienność, każąc z jednej strony zabiegać o zajęcia wynagradzane choćby skromnymi gażami, a z drugiej – nie pozwalając na przykład przyjeżdżać Wierzyńskiemu zbyt często z Sag Harbor do Nowego Jorku na kolejne nagranie radiowe, bo wysokość wynikającego z niego zarobku tylko nieznacznie przewyższała koszt podróży. Okazuje się też, że opisany w wielu wspomnieniach jako ulubione i licznie uczęszczane miejsce spotkań środowiska emigracyjnego dom Wierzyńskich w Sag Harbor wobec ich dotkliwej mizerii finansowej pełnił w okresie letnim funkcję pensjonatu, do którego – ze względu tak na samych gospodarzy, jak i uroki tej cichej osady, niezbyt oddalonej od Nowego Jorku – ciągnęli bliscy przyjaciele i dalsi znajomi, wynajmując u Wierzyńskich pokoje; wydaje się, że jedynie Lechoń (dość często w towarzystwie swego partnera, Aubreya Johnstona) bywał tam na prawach prawdziwego gościa (ale zdarzało się i tak, że jego planowana wizyta nie dochodziła do skutku, bo Wierzyńscy nie mogli pozwolić sobie na zrezygnowanie z płatnych pensjonariuszy). Nader często więc wymieniali między sobą informacje tego rodzaju – Wierzyński do Lechonia: „Leszuniu, to chamy, tylko szczypta dobrego humoru uratuje naszą godność, ale co ja zrobię za miesiąc – nie wiem!” [list z 28 sierpnia 1948 roku]; Lechoń do Wierzyńskiego:

pozostaje tylko śmiech z własnej nędzy. […] Do dupy z nędzą, mówmy o naszych geniuszach – to znaczy się o sobie. Ja mam różne zaproszenia, na które nie chodzę, bo mam tylko kurtkę tropikalną i sztuczkowe spodnie. Nawet w Sea Cliff robi to złe wrażenie

– i jakby na przekór doniesieniom od równie bezradnego w tych sprawach przyjaciela desperacko zapytywał: „Może mi coś poradzisz, skąd wziąć tysiąc dolarów – albo pięćset, albo dwieście, albo sto – albo dwadzieścia pięć, albo trzy, albo jednego?”, dodając:

„sprawa m a r k i do tego listu była kwestią trzech dni” [list z 20 października 1948 roku]. 

*

Czesław Miłosz, który poznał Lechonia przed II wojną światową w Paryżu, pisał do Jarosława Iwaszkiewicza w kwietniu 1947 roku, będąc wówczas pracownikiem Ambasady RP w  Waszyngtonie:

Lechonia widziałem tylko raz. Myślę, że i on, i Wierzyński potwornie się męczą. Lechoń uważa ten kraj za szczyt jałowości. W ich wierszach tutaj pisanych zastanawia zupełne wyobcowanie umysłowe z całego świata. Nic ich tutaj nie ciekawi, nic nie rozumieją, ani starają się zro- zumieć jakimś poetyckim niuchem, a z Polski pozostały wspomnienia młodości, wysoce irytujący i fałszywy dla nas w kraju sentymencik. Jest to niesłychanie martwe i staroświeckie.[5]

Iwaszkiewicz odpowiadał 10 maja 1947 roku:

Doskonale rozumiem wszystko, co piszesz o Leszku i Kaziu, oni jak ten pająk wodny pojechali tam we własnym pęcherzyku, i rozumiem nawet, dlaczego tak się stało, to była zawsze „parafiańszczyzna”, jak się dawniej mówiło.[6]

Z dzisiejszej perspektywy widać, że losy artystyczne Lechonia i Wierzyńskiego potoczyły się na obczyźnie odmiennymi drogami. Każdy z nich przyjął inną strategię. Lechoń związany był wyłącznie z polskim środowiskiem emigracyjnym w Nowym Jorku (i pośrednio z „polskim Londynem”, czyli przedwojennymi znajomymi, którzy po 1945 roku pozostali tam na emigracji). Targany psychozami i cierpiącej na brak równowagi duchowej, zmagający się z trudnościami warsztatu poetyckiego (oprócz cyklu Marmur i róża Lechoń nie stworzył w okresie powojennym wybitnych dzieł artystycznych, oddając się raczej pracom publicystycznym, często o charakterze zarobkowym, pisany zaś wówczas Dziennik miał przede wszystkim funkcje terapeutyczne), kreowany przez londyńskie „Wiadomości” na wieszcza narodowego emigracji (co na przykład w środowisku paryskiej „Kultury” budziło wiele krytycznych opinii[7]), pozostał mentalnie i artystycznie „we własnym pęcherzyku”; nadto – jak określił to we wspomnieniu pośmiertnym Tadeusz Nowakowski – Lechoń, spędziwszy wiele lat na obczyźnie, emocjonalnie i mentalnie „nigdy nie wyjechał z Warszawy”[8]. W maju 1959 roku Czesław Miłosz pisał do Jerzego Giedroycia:

Jeżeli czego się boję, to śmieszności, tej śmieszności, która utrupiła Lechonia na długo przed śmiercią. […] Bo świat pędzi, zmienia się. Każdy rok i każdy miesiąc ma własną miarę. Nie trzeba nigdy podejmować przebrzmiałej pieśni, bo wtedy tracimy możność oddziaływania na innych, jak to należy do pisarza, piórem. Co wolno, to tylko śpiewać pieśń na wyrost, jeszcze społecznie  nieurodzoną.[9]

Wierzyński, dzięki podjęciu zamówienia na napisanie dla czytelników amerykańskich biografii Fryderyka Chopina w związku z setną rocznicą śmierci kompozytora, próbował przekroczyć ów środowiskowy polski krąg, pragnąc „przebić się” do światowej publiczności. Jego książka, wydana 1949 roku w języku angielskim przez oficynę Simon and Schuster, odniosła duży sukces i była tłumaczona między innymi na francuski, hiszpański, japoński, hebrajski i włoski. Jednocześnie pod wpływem poezji amerykańskiej dokonał całkowitej odmiany swej poetyki[10], jego poezje z tomów powojennych (począwszy od Korca maku, 1951) w niczym nie przypominają wierszy z Wiosny i wina czy Wróbli na dachu; około roku 1950 nastąpiły „drugie narodziny” poety. Wkrótce też przyszło zainteresowanie Amerykanów jego twórczością, wyrażone przekładami jego poezji na język angielski[11].

*

Obaj korespondenci mieszkali w Stanach Zjednoczonych – to pierwszy taki dialog polskich pisarzy emigracyjnych udostępniany czytelnikom. Był prowadzony na ziemi amerykańskiej, zatem ukazuje przede wszystkim tamtejsze realia emigracji powrześniowej. Listy przyjaciół po części stanowią swoistą kronikę towarzyską, której bohaterami są wszystkie ważniejsze osoby z nowojorskiego środowiska emigracyjnego; ich charakterystyki kreślone raz serio, raz żartem zawsze są bezlitośnie ostre, a okrutni prześmiewcy na swoich „współplemieńcach” nie zostawiają suchej nitki. Wśród wzajemnie i w pełnym zaufaniu wymienianych sądów pojawia się więc i taki oto komentarz Lechonia:

Aubrey byłby moją największą pociechą, gdyby nie to, że nie mogę z nim być szczery, bo nie chcę psuć jego opinii o Polakach. [List z 3 lipca 1947 roku]

Ale też galeria postaci szkicowanych w listach jest jedynym w swoim rodzaju kalejdoskopem społeczno-politycznym, intelektualno-artystycznym i psychologiczno-obyczajowym. A „drapieżność” i „jadowitość” satyry wymierzonej w bliźnich czyni z tych fragmentów prozę literacką z gatunku pamfletu o niepowtarzalnym wręcz smaku artystycznym. Wśród tych opowieści znaleźć można i takie obrazki, kreślone piórem Lechonia (starającego się dostarczyć choremu przyjacielowi rozrywki, odrywającej jego myśli od zmagań z kamicą nerkową):

Chciałbym Ci napisać dużo wesołych rzeczy – ale w tej chwili nic mi do głowy nie przychodzi – zwłaszcza że ostatnio trochę jeździłem z filmem i nie miałem czasu na wywiadywanie się o grzechy rodaków. Wczoraj był pokaz w Glen Cove, na którym spotkałem Kondrackiego w towarzystwie bardzo atrakcyjnego chłopca, mogącego swą inteligencją i wyglądem zasiać niepokój w sercu niejednego starszego pana. Kondracki przedstawił mi go: „To jest Georges Kondracki, mój syn. Niestety! Nie mówi po polsku. Ale Czapski zaczepił go, nie znając, na ulicy w Paryżu i zapytał: «Czy Pan czasem nie jest Polakiem?»”. Zgodzisz się, że to piękne opowiadanie i zarezerwowałem je dla Ciebie jako premierę. [List z 29 maja 1950 roku]

Z Europy – Londynu, Paryża, a także Warszawy – wiadomości i plotki z drugiej ręki docierały zwykle po pewnym czasie. Nie przeszkadzało to, że również bez taryfy ulgowej „rozprawiali się” obaj przyjaciele z życiem kulturalno-literackim w kraju, zniewolonym przez reżimową politykę, a w odniesieniu do jego uczestników – pisarzy, reżyserów i aktorów teatralnych (często ich bliskich znajomych sprzed wojny), zauważając wszelkie przejawy koniunkturalizmu czy oportunizmu, nie dawali zgody ani moralnej, ani artystycznej. Przyznać jednak trzeba, że wobec siebie byli także surowymi krytykami, choć ostrość ocen łagodziła często konwencja żartów. Posługiwanie się dowcipem, często z gatunku purnonsensu – charakterystycznego zresztą dla ich wcześniejszych, skamandryckich, zabaw literackich – jest bowiem niezwykle znaczącym i bardzo interesującym rysem tej korespondencji. Domagając się na przykład pilnie kontaktu z przyjacielem, Wierzyński pisał:

Niedziela. Kochany Leszku, nie szukaj daremnie słowika w powietrzu. Dzwoń: Sag Harbor, Long Island, 673 W. – a usłyszysz srebrny śpiew w tubce. Po szóstej – kosztuje ten koncert 0,45 ct [centa]. Zapisz słowiczy numerek na sercu. Daj dziubka [!]. Twój ptak i żuk z ptaszyną jego żuczkową [kartka pocztowa z 2 października 1949 roku] 

– a innym razem:

Kochany Ziaba, czemu nie zakumkasz? Co dzień chodzę nad staw, wołam: cip-cip, wodne kurki się odzywają, kaczki, gęsi, łabędziochy, a ziaba nic. Czemu tak się puszysz? […] Pisz natychmiast, czas leci jak to liście z drzewa. I zakumkaj, stara żabo. Co dzień chodzę nad staw: cip-cip, a Ty nic. [Kartka pocztowa z 20 października 1953 roku]

Bawili się więc apostrofami listów („Kochany Filomato”, „Drogi Żuczku”), bawili się podpisami („Wasz Filuś”, „Twój Epaminondas, kukułeczka i mały, mały, pajączek z ulicy Freta”)[12], w najbardziej wyrafinowany i dowcipny sposób wyrażali sobie uczucia przywiązania i przyjaźni. Także i życzenia okolicznościowe miały na ogół wyszukaną formę, jak choćby pisane Lechoniowi na imieniny:

Kochany nasz Panie Pisarzu i Uczony, Kolonia Polska z Sag Harbor, osadnicy z przedmieścia, pionierzy, butlegerzy, oracze, wysiedleńcy, farmerzy, ślusarze, zegarmistrze, mleczarze, emigranci polityczni, uchodźcy, sybiracy, krakowianie, swoi znad Narwi, krajanie, prezesi, sekretarze, członkowie, bracia, XI [---]dyj i in., „wspólnemi łańcuchy opaszmy ziemskie kolisko” – my wszyscy rodacy Twoi ślemy Ci hołd i cześć, i życzenia: sto lat, sto lat i sto dolarów. [Kartka pocztowa z 15 marca 1950 roku]

Znajdujemy tu też całe obszerne listy będące absurdalną zabawą, jak choćby opis wyimaginowanej wizyty Tadeusza Kościuszki, złożonej Lechoniowi w Sea Cliff z rekomendacji Stefana Mierzwy, działacza zasłużonej dla propagowania kultury polskiej w Ameryce Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku [list z 23 maja 1948 roku], czy pisany ręką Wierzyńskiego rzekomy list od niejakiego Michała Kudły, baletmistrza, datowany „Rio de Janeiro 10.III.1950”, który jest pełnym nostalgicznych wspomnień wyrazem tęsknoty za utraconym kochankiem.

Swobodzie obyczajowej w korzystaniu z różnych aluzji i skojarzeń towarzyszyła także absolutna swoboda językowa. A jeśli autorzy uznawali, że słowa są może nie dość wyraziste lub niewystarczające, niektóre z listów opatrywali rysuneczkami (zazwyczaj o charakterze erotycznym).

Zabawą literacką były też drobne utwory poetyckie – wiersze, fraszki, żarty – które odnaleźć można albo na osobnych kartach, albo po prostu jakby mimochodem wplecione w tekst listu o innym charakterze. Są humorystycznym komentarzem do bieżących spraw, formą imieninowych życzeń lub sposobem na wymuszenie szybkiego nawiązania kontaktu.

*

Ani Lechoń, ani Wierzyński – bez wątpienia jedni z największych polskich poetów XX wieku – nie doczekali się po dziś dzień naukowo opracowanych biografii. Ich życie i twórczość z okresu międzywojnia zyskały już wiele znakomitych omówień, ale wiedza o emigracyjnym etapie ich życia pozostaje nadal rozproszona w szkicach i artykułach, które odnoszą się często do wybranych faktów lub problemów, nie pretendując do wyczerpania całości zagadnienia; książki zaś koncentrują się na interpretacji twórczości, rzadko widzianej w perspektywie meandrów życia. Biografii nie zastąpią też bardzo ciekawe i potrzebne tomy wspomnień. Wydaje się, że listy wymieniane pomiędzy bardzo bliskimi sobie przyjaciółmi są w stanie w pewnym stopniu wypełnić tę dotkliwą lukę, pokazując sylwetki obu bohaterów na tle literatury, kultury, historii i polityki owego czasu, a nade wszystko rysując ich portrety osobiste. Nadto, gdy porówna się pod względem treści listy Lechonia i Wierzyńskiego z listami Lechonia i Grydzewskiego (choć z obu korespondentami-przyjaciółmi łączyła go bardzo bliska zażyłość), odnosi się wrażenie, że ten pierwszy dialog ma charakter o wiele bardziej prywatny, osobisty, graniczący czasem wręcz z intymnym zwierzeniem, właściwym tylko dla kontaktów prawdziwie najbliższych sobie osób; warto przy tym podkreślić, że uwaga ta w równym stopniu dotyczy obu autorów.

*

Składamy serdeczne podziękowania Panu Grzegorzowi (Gregory) Wierzyńskiemu z Waszyngtonu za wyrażenie zgody na publikację tej korespondencji oraz ciekawe wyjaśnienia na temat niektórych spraw dotyczących życia rodziny Wierzyńskich. Słowa podziękowania adresujemy szczególnie do instytucji, z których pochodzą zebrane w tomie listy: do Biblioteki Polskiej w Londynie i jej dyrektor Dr Dobrosławy Platt ze współpracownikami, Panem Grzegorzem Pisarskim i Panią Elżbietą Urban, oraz do Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce z siedzibą w Nowym Jorku, w osobach poprzedniego, jak i obecnego jego kierownictwa, a zatem do Prof. Piotra Wandycza, Prof. Tadeusza V. Gromady, Pani Janiny Kedroń, Prof. Bolesława M. Biskupskiego i Dr Bożeny Leven. Z podziękowaniem zwracamy się też do Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, byłego jego kierownictwa – Prof. Janusza Ciska i Dr Magdy Kapuścińskiej oraz obecnej pani prezes Dr Iwony Drąg-Korgi, dzięki których życzliwości możliwe było korzystanie z zasobów archiwalnych Instytutu i czerpanie wielu informacji niezbędnych do opracowania tej korespondencji. Nadto dziękujemy wielu osobom prywatnym, które na różnych etapach pracy wspierały nas różnorodną pomocą, między innymi dzieląc się wiedzą o polskim środowisku emigracyjnym w Nowym Jorku czy udostępniając prywatne archiwalia lub umożliwiając dłuższe pobyty i podróże badawcze; są wśród nich Pani Barbara Krzywicka-Herburt, Panowie Maciej Wierzyński i Maciej Patkowski, a w życzliwej pamięci pozostaną odeszli już Pani Krystyna Baron, Prof. Jerzy Krzywicki-Herburt i Pan Marek Rudzki.

Dziękujemy recenzentom – Prof.  Rafałowi Habielskiemu i Prof. Andrzejowi S. Kowalczykowi za wnikliwą lektrurę całości oraz cenne uwagi i spostrzeżena.

*

Pomimo długotrwałych kwerend w archiwach i bibliotekach krajowych i zagranicznych niektórych spraw nie udało się objaśnić. Zwracamy się zatem do czytelników z prośbą o nadsyłanie na adres Wydawnictwa IBL ewentualnych uzupełnień lub sprostowań.

Beata Dorosz Paweł Kądziela

 

1 S. Kaszyński, Nad listami do Jana Lechonia, „Życie Literackie” 1988, nr 42, s. 6.

2 E. Krasiński, Osiem listów Jana Lechonia do Mieczysława Grydzewskiego (1945–1947), „Twórczość” 1990, nr 11, s. 83.

3 Skromny ułamek tej korespondencji, wybór 11 listów z roku 1950 pisanych przez Wierzyńskiego do Lechonia, podali do druku Bolesław Klimaszewski i Wojciech Wyskiel jako uzupełnienie artykułu W. Wyskiela Lechoń i sztuka przyjaźni, „Miesięcznik Literacki” 1986, nr 9, s. 57–69.

4 Swoistym świadectwem istnienia pewnej liczby dziś zaginionych listów jest w archiwum Lechonia w PIN zbiór pustych kopert, adresowanych przez Wierzyńskiego do przyjaciela – widniejąca na nich data stempla pocztowego nie pokrywa się z żadną z dat zachowanych listów.

5 Cz. Miłosz, J. Iwaszkiewicz, Portret podwójny, oprac. B. Toruńczyk, R. Papieski, Warszawa 2011, s. 132–133. 6 Tamże, s. 136.

7 Witold Gombrowicz pisał do Jerzego Giedroycia 9 grudnia 1953 r.: „Reklama Lechonia w «Wiad.» to rzeczywiście hucpa, pic i fotomontaż, która prosi się o silne uszczypnięcie i na miejscu Redaktora przystąpiłbym bezzwłocznie do czynu”, J. Giedroyc, W. Gombrowicz, Listy 1950–1969, wyb., wstęp, przypisy A.S. Kowalczyk, Warszawa 2006, s. 143. W liście z 11 lutego 1955 r. Gombrowicz dzielił się z Giedroyciem przemyśleniami: „«Kultura» nie powinna tolerować tego, co Grydz wyrabia z Lechoniem. Ostatecznie można by nad tym przejść do porządku, gdyby wieszcz miał najlżejsze kwalifikacje na to stanowisko, gdyby to miało jakiś grunt w opinii. Ale cyniczny proceder Grydza wynika z przeświadczenia, że można sterroryzować opinię, wmówić ludziskom, co się chce, i wyznaczyć emigracji wieszcza ukazem, wybrać jakiegoś poecinę i powiedzieć: klękajcie! Potwierdza to moje przeświadczenie, iż w tym świecie – poetów – panuje humbug, bzdura, reklama i fikcja, ale tu głupota i absurd już przeholowały. Sens moralny i kulturalny wolności słowa na tym m.in. polega, że pisma wzajemnie się kontrolują i, według mnie, sprawa jest poważniejsza, niż się zdaje, gdyż jedyne, co pozostało naszej literaturze na emigracji, to pewien poziom intelektualny, moralny i kulturalny”, tamże, s. 189. Odpowiadając Gombrowiczowi, Redaktor pisał 22 lutego 1955 r.: „Na Lechonia i na Grydzewskiego nie ma rady i – nie łudźmy się – Grydz. z Lechoniem są bardziej w guście rodaków niż my, np. «Kultura» to zawsze zapaszek żydomasoński, podejrzany, a tu wszystko proste, jasne”, tamże, s. 192.

8 T. Nowakowski, Ryba na piasku, „Wiadomości”, Londyn, 1957, nr 23 (584), s. 5; przedr. w: Pamięci Jana Lechonia, Londyn 1958, s. 39.

9 J. Giedroyc, Cz. Miłosz, Listy 1952–1963, oprac. M. Kornat, Warszawa 2008, s. 345.

10 O wpływie poezji anglojęzycznej czy szerzej: kultury anglo-amerykańskiej pisał sam Wierzyński w tomie szkiców Moja prywatna Ameryka (Londyn 1966); osobne opracowanie poświęciła temu problemowi Jolanta Dudek, Poetyka Williama B. Yeatsa i Kazimierza Wierzyńskiego: paralela, Kraków 2001.

11 K. Wierzyński, Selected Poems, ed. by C. Mills, L. Krzyżanowski, introd. by D. Davie, New York 1959, 45 s.; New Selected Poems, „The Literary Review”, Spring 1960, s. 384–415. Zob. też: B. Dorosz, Angielskie przekłady wierszy i marzenia o Noblu, w: taż, Nowojorski pasjans, Warszawa 2013, s. 392–397.

12 Zwrócił na to uwagę Wojciech Ligęza, zob. W. Ligęza, Korespondencja skamandrytów z archiwum Jana Lechonia, w: Życie literackie drugiej emigracji niepodległościowej, red. J. Kryszak, R. Moczkodan, Toruń 2001, s. 184.