Zaloguj się
Cytuj

"Na prowincji - Próba"

Źródło: tei.nplp.pl
Cytowany dokument: Na prowincji - Próba, Eliza Orzeszkowa
Data aktualizacji: 15 luty, 2021
Część I
VII
Pierwsza wizyta
[...]
Bywałem w Łazienkach właśnie w porach, gdy cały piękny świat warszawski tam się przechadzał. Widziałem mnóstwo ślicznych dam, ale ani jednej tak pięknej, jakie w tych stronach widzieć można.
Spojrzał wymownie na Wincunią Wincunią || TygM1869/34: Wincunię i dodał, skłaniając głowę:
– Nie ma jak Litwinki! uchylam przed nimi czoło! Nie darmo Mickiewicz napisał o Wilii i naszych kobietach: „Piękna Litwinka, co jej czerpie wody, czystsze ma serce, piękniejsze jagodyNiedokładny cytat Pieśni z Konrada Wallenroda. Tekst oryginalny: „Piękna Litwinka, co jej czerpa wody,/ Czystsze ma serce, śliczniejsze jagody” (Adam Mickiewicz, Konrad Wallenrod, Lipsk 1858, s. 21).”.
Musiał page142-720px-PL_Eliza_Orzeszkowa-Na_prowincyi_vol_1.djvu wyrachować zręczny młodzieniec, że tą cytatą zatrze niekorzystne dla siebie wrażenie, jakie wywrzeć mogło na Wincuni nietrafne jego odezwanie się o KarpińskimJest także to stwierdzenie narracji, ponieważ wcześniej nie było o tym mowy. Nie wiadomo, na czym miała polegała gafa Aleksandra; poeta Franciszek Karpiński pojawił się na słynnych czwartkowych przyjęciach u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, chociaż nie należał do ich bywalców. i czwartkowych obiadach Nietrafne jest także to stwierdzenie narracji, ponieważ wcześniej nie było o tym mowy. Nie wiadomo, na czym miała polegała gafa Aleksandra; poeta Franciszek Karpiński pojawił się na słynnych czwartkowych przyjęciach u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, chociaż nie należał do ich bywalców..
Gdyby zaś kto w owych stronach pisał kronikę miejscową, wiedziałby niezawodnie, że wiersz ten znajomy mu był i powstał w jego pamięci dlatego, że powabna pani Karliczowa śpiewała go często przy fortepianie, a Aleksander słuchał zawsze jej śpiewu, romantycznie wsparty o fortepian i powtarzając: „Jaka to prawda!...”. Pewnego zaś razu, podobno kiedy pani Karliczowa wstała od instrumentu, zapytał ją: „Proszę pani, kto też to ułożył tę ładną piosenkę?”. – „Naturalnie, że Mickiewicz – odpowiedziała ze śmiechem piękna wdówka – jaki też z pana nieuk! Możnaż o tak prostej nie wiedzieć rzeczy!” – i uderzyła go wachlarzem po ręku. – „Zgadzam się na tę nazwę, byleby ona nie pozbawiła mię łaski pani!” – odpowiedział z galanterią lew parafialny.
Bądź co bądź, cytatą wiersza Mickiewicza młodzieniec dopiął swego celu, Wincunia musiała odzyskać dobre mniemanie o jego literackim wykształceniu.
– Byłeś pan zapewne na Wystawie obrazów? – spytał po chwili Bolesław.
– Byłem, byłem – odparł Aleksander – jakżebym mógł nie widzieć tak pięknej rzeczy? ja, panie dobrodzieju, szczególniej kocham się w malarstwie
– Więc musiałeś pan widzieć świeżo wystawiony w zeszłym roku obraz Suchodolskiego? ma być bardzo piękny.
– A, obraz Suchodolskiego! widziałem, widziałem; ale nic w nim nie ma tak bardzo szczególnego!
I znowu nie wiedział, o czym mówi.
page142-720px-PL_Eliza_Orzeszkowa-Na_prowincyi_vol_1.djvu – Utrzymują, że Suchodolski celuje w malowaniu koni, czy pan w istocie to znalazłeś? znalazłeś? || TygM1869/34: znalazłeś.
– O, tak, panie dobrodzieju, celuje w malowaniu koni, prześliczne konie! Ale à propos koni, byłem w teatrze na Tułaczu i wystawcie sobie państwo, że tam na scenę wprowadzają konia!
– Na scenę konia! – zawołała pani Niemeńska.
– Konia – potwierdził Aleksander – wielkiego, białego, a na nim wjeżdżają Róża i BlankaNie wiadomo, czy Aleksander świadomie nie dopowiada finału ich losu, czy to znowu przejaw jego niewiedzy lub niepamięci. , te, co to państwo... w Żydzie tułaczu
– Tego to szczerze zazdroszczę panu, że widziałeś teatr warszawski teatr warszawski || TygM1869/34: teatr warszawskie literówka w pierwodruku może sugerować, że mogło też chodzić o teatra warszawskie – ozwał się Bolesław – pewno byłeś pan na sławnym dramacie Z. Nie udało się zidentyfikować kryptonimu (autora lub tytułu sztuki); może chodzi o Zemstę Aleksandra Fredry, od roku 1845 stale obecną w repertuarach teatrów warszawskich. , który z takim powodzeniem był dawany zeszłego lata?
– Byłem panie; ale co tam dramat! wierz mi pan, że nie ma przyjemniejszego widowiska jak balet. Jest prawdziwie co widzieć, prześliczne dekoracje jedne wyobrażają lasy, inne góry, inne jeszcze pałace i ogrody z bijącymi fontannami, a śród tego wszystkiego baletnice jak roje motylów latają w powietrzu, w powiewnych różnokolorowych sukniach, zbiegają się, rozbiegają, splatają się w wieńce, a potem jedna z nich wybiega na środek, cała w kwiaty ubrana, i tańczy, zda się, że nie dotyka ziemi, a cały teatr drży od oklasków. Ja bym zgodził się połowę życia przesiedzieć na balecie! Balet był popularną i niewybredną rozrywką bon vivantów i rosyjskich wojskowych; jak wspominała Orzeszkowa, dla młodych dziewczyn w latach 50. było to „coś bardzo pięknego, feerycznego i grzesznego” (zob. Kalendarium 1, s. 43). Upodobanie Aleksandra do baletu, podobnie jak cała rozmowa, świadczy o pospolitych gustach estetycznych bohatera i zdradza hedonistyczne, zmysłowe skłonności jego natury.
– A z drugą połową co byś pan zrobił? – spytał Bolesław, uśmiechając się z zapału młodzieńca do baletu.
– Przepędziłbym ją w Niemence – odparł śmiało Aleksander, skłaniając nisko głowę przed damami.
Pani Niemeńska i Bolesław zaśmieli się, ale Wincunia spąsowiała.
– Bądź co bądź – odezwał się Topolski – choć pan tak chwalisz balet, a ja na nim nigdy nie byłem, wyobrażam sobie jednak, że najulubieńszym dla mnie widowiskiem teatralnym byłby dramat albo dobra komedia, taka np. jak są Fredry.
– A, komedie Fredry! byłem, byłem na niej! właśnie dawano ŻydówOkreślenie sztuki mianem „komedii” jest kolejną wpadką niedouczonego bohatera Orzeszkowej. Żydzi – wbrew zwyczajowym wyobrażeniom publiczności, oczekującej humorystycznej satyry na Izraelitów – okazali się dramatem poważnym i pozbawionym happyendu, będącym gorzkim rozrachunkiem z wadami społeczeństwa polskiego, potępieniem arystokracji, dorobkiewiczów i oszustów; tym ostatnim zostaje przypisane tytułowe, stereotypowo negatywne miano „Żydów”, podczas gdy postaci z prawdziwego środowiska żydowskiego ukazane są z neutralnym obiektywizmem lub sympatią....
– Panie łaskawy – przerwał żartobliwie Bolesław – nie odbieraj też pan Korzeniowskiemu jednego z najpiękniejszych listków jego autorskiej korony, boć on to napisał Żydów.
Żydów. || TygM1869/34: Żydów… – Prawda! omyliłem się! to była komedia KorzeniowskiegoOkreślenie sztuki mianem „komedii” jest kolejną wpadką niedouczonego bohatera Orzeszkowej. Żydzi – wbrew zwyczajowym wyobrażeniom publiczności, oczekującej humorystycznej satyry na Izraelitów – okazali się dramatem poważnym i pozbawionym happyendu, będącym gorzkim rozrachunkiem z wadami społeczeństwa polskiego, potępieniem arystokracji, dorobkiewiczów i oszustów; tym ostatnim zostaje przypisane tytułowe, stereotypowo negatywne miano „Żydów”, podczas gdy postaci z prawdziwego środowiska żydowskiego ukazane są z neutralnym obiektywizmem lub sympatią.! – zawołał Aleksander, uderzając się w czoło, spojrzenie jednak jego z wyrazem lekkiej urazy upadło na twarz Bolesława.
– Powiedz mi pan dobrodziej – rzekł z ironią – czy nie posiadasz wypadkiem tego bajecznego kobierca, który ludzi nosił w mgnieniu oka po różnych stronach świata i równie prędko odnosił ich na miejsce stałego pobytu, a także tej czapki niewidimki, w której człowiek mógł wszędzie bywać niewidzialnym? – Daję panu słowo, że ich nie posiadam, inaczej przysłużyłbym się panu kobiercem, abyś mógł co dzień bywać na balecie w Warszawie i wracać na wieczerzę do Adampola! – ze śmiechem odpowiedział Bolesław – ale skąd panu przyszło mieć mię za czarnoksiężnika? – Bo nie pojmuję, jak pan możesz, nigdy nie będąc w Warszawie, tak dokładnie wiedzieć o wszystkim, co się tam dzieje. – Więc sądziłeś pan, że potajemnie odbywam podróż na cudownym kobiercu i w czapce niewidimce! – zawołał Bolesław, śmiejąc się jeszcze mocniej. – Nie, kochany panie! kobiercem owym jest dla mnie gazeta, a czapką niewidimką mój pokój sypialny, w którym co wieczór, po skończeniu gospodarskich zajęć, zamykam się i czytam. – Widzisz pan – dodał poważniej – odkąd wynaleziono druk i urządzono w kraju poczty, i my wieśniacy możemy, nie podróżując, wiedzieć, co się na dalekim świecie dzieje, ku przyjemności serca i pożytkowi umysłów naszych. Podano herbatę i rozmowa przybrała inny obrót, zwracając się ku sprawom i wiadomościom miejscowym. Bolesław upatrzył chwilę, w której pani Niemeńska opowiadała Aleksandrowi o swoich sąsiedzkich stosunkach, a on zdawał się słuchać jej = z uwagą, i zbliżył się do Wincuni: – Co pani jest dzisiaj? – spytał półgłosem – jesteś blada i jakby smutna! Dziewczę podniosło na niego spojrzenie w istocie smutne i zamglone. – Nic mi nie jest – szepnęła zaledwie dosłyszalnym głosem, a oczy jej spoczęły na twarzy Bolesława z taką dobrocią serdeczną, z takim nieokreślonym żalem, że aż pobladł trochę. Patrzył w jej twarz przez chwilę z miłością, z którą złączyła się ojcowska nieledwie troskliwość. – Spodziewam się – wyrzekł cicho – że gdybyś była cierpiącą albo miała jaki powód do smutku, powiedziałabyś mi o tym, nieprawdaż? Wincunia spuściła oczy i nie odpowiedziała; Bolesław rzekł znowu: – Wszak pani wiesz o tym, że twój uśmiech to moje słońce; gdy jego braknie na twojej twarzy, mnie światła braknie. = Nic więc dziwnego, że smutek pani przeraża mię i do pytań skłania. – Ja nie jestem smutna – odrzekła Wincunia nieco z przymusem – panu się tylko tak zdaje! – i jakby dla potwierdzenia słów swych, zaśmiała się głośno, ale w śmiechu jej zadrgała fałszywa nuta. Aleksander, słuchając opowiadań pani Niemeńskiej, z ukosa spoglądał na cicho rozmawiającą z sobą parę narzeczonych, rumienił się chwilami i brwi mu lekko drgały. Gdy tylko pani Niemeńska mówić przestała, zwrócił się do Wincuni i rzekł: – Widziałem tu w przyległym pokoju fortepian; zapewne pani grywa; czy można prosić?... – O, ja tak niewiele gram! – tłumaczyła się Wincunia. Pani Niemeńska głos zabrała: – Ale ja od pani Siankowskiej słyszałam, że pan bardzo ładnie śpiewasz. Niechże pan będzie łaskaw i sprawi nam tę przyjemność... – Prawdziwie pani – wymawiał się Aleksander – nie jestem dziś przy głosie i choć brałem lekcje śpiewu w Warszawie, nie wiem, czy uda mi się dziś cokolwiek dobrze zaśpiewać! – Pan brałeś lekcje w Warszawie! więc tym bardziej prosimy pana... – Doprawdy nie wiem… – protestował jeszcze młodzieniec i patrzył na Wincunią. = – Niech pan zaśpiewa cokolwiek – ozwała się Wincunia z nieśmiałością i nie podnosząc oczu. – Niech się stanie wola pań! – rzekł, powstając natychmiast Aleksander. – Ce que femme veut, Dieu le veut – dodał przesadną francuzczyzną. Ostatnie słowa były także korzyścią, odniesioną ze znajomości z panią Karliczową. Wypowiadając je, nie troszczył się, czy będzie zrozumianym przez kogokolwiek z obecnych. Przeszli wszyscy do przyległego pokoju, dobrze oświeconego palącą się na stole lampą. Aleksander usiadł przy fortepianie, odrzucił włosy i uderzył kilka akordów, potem pięknym i czystym w istocie, choć wcale nieuczonym głosem, zaśpiewał powszechnie znaną piosenkę: „Serce, serce, skąd to bicie?”. Z początku śpiewał z przesadą i wzniósł w górę oczy, ale potem zwrócił je na Wincunią, = stojącą nieopodal i nie spuszczając z niej wzroku, odśpiewał ostatnią zwrotkę: I na tej to pajęczynie, Która się tak wątłą zda, Ach, udało się dziewczynie, Że mię w swojej mocy ma! Przesada, z jaką był zaczął śpiewać, zniknęła i słowa te odśpiewał z mocą, uczuciem i nawet rodzajem pewnego porywu i zapału, którym odpowiadał wyraz oczu, utkwionych w twarzy Wincuni. Nic tak silnie i głęboko nie wnika w serce młodej, niedoświadczonej a wrażliwej dziewczyny jak piękny śpiew mężczyzny, choćby nieozdobiony umiejętnością i wyrobieniem, byleby dźwięczny, czysty i gorący. Każdy ton tego śpiewu wpływa do jej piersi z iskierką uczucia, która się w nim zawiera. Iskra łączy się z iskrą i wszystkie razem tworzą żar; mężczyzna przestaje śpiewać, = a w piersi dziewczyny pieśń brzmi jeszcze, brzmi ciągle, a dźwięki te wewnętrzne wypływają przez oczy blaskami, przez lica rumieńcem. Stoi wzruszona, choć wzruszenie to skryć usiłuje i gotowa zaśpiewać duet, jeśli nie z dwóch głosów, to z dwóch serc złożony. Nazajutrz rano, ocknąwszy się ze swych snów dziewiczych, pójdzie ona obejrzeć swoje kwiaty, stanie między nimi zadumana, a usta jej, zwilżone kroplą rosy, która na nie upadła, mimowoli zanucą wczoraj słyszaną piosenkę, wraz z tonami rozbudzą się w jej piersi iskry wczorajsze, a żal, z pieśnią zmieszany, = wybuchnie płomieniem miłości, którą poczuje, a o której długo może jeszcze nie będzie wiedziała. Kiedy Aleksander skończył śpiewać, Wincunia stała oparta ręką o poręcz krzesła, z pochyloną głową i bladą twarzą. Pani Niemeńska po wielu podziękowaniach i pochwałach, które jedna wygłaszała, poczęła dopytywać się u Bolesława o proboszcza i znajomych, których u niego widziała. Aleksander zbliżył się do Wincuni: – Pora mi jechać – rzekł dobywając piękny złoty zegarek, brzęczący mnóstwem breloków – a Bóg widzi, że mi się nie chce stąd odjeżdżać! Zdaje mi się, że zostałem nagle przeniesiony do raju! – Bardzo jestem rada, że się panu podobało w Niemence – odrzekło dziewczę, podnosząc oczy. – Wierz mi pani – rzekł młodzieniec cicho i wzruszonym głosem – wierz mi pani, że chwile, które tu przepędziłem, uważam za najszczęśliwsze w moim życiu. Ale czuję, że po nich nastąpi dla mnie wielki smutek i wielka tęsknota... To rzekłszy, szybko odwrócił się, jakby chcąc ukryć przed Wincunią zbytek wzruszenia. Po chwili zaczął żegnać panią Niemeńską, która niezmiernie serdecznie i uprzejmie zapraszała go, aby jak najczęściej bywał w Niemence. Po oddaleniu się Aleksandra, pani Niemeńska wyszła wnet z pokoju dla jakiejś gospodarskiej sprawy, a Bolesław, jako prawie domowy, przez grzeczność towarzyszył gościowi aż na ganek. Gdy bryczka odjeżdżającego zaturkotała już w bramie, Bolesław wrócił do pokoju i znalazł Wincunią = stojącą na tym samym miejscu, na którym = ją, wychodząc, zostawił. Stała jak skamieniała, z rękoma obwisłymi, z oczyma = utkwionymi w ziemię; tak była zamyślona czy zamarzona, że nawet nie słyszała, jak Bolesław zbliżył się do niej. Wziął jej obie ręce. – Wincuniu – rzekł, patrząc w jej twarz – powiedz mi teraz, co tobie jest? Już nikt obcy nie posłyszy. – Nic mi nie jest – odpowiedziała, uwalniając z wolna ręce z uścisku narzeczonego – głowa mię trochę boli – dodała – pójdę do siebie. Dobranoc panu. – Ja kto? idziesz już do swego pokoju? tak wcześnie. Sądziłem, że dziś jeszcze poczytamy razem trochę, bo przywiozłem ciekawą książkę od proboszcza. – Nie mogę dziś czytać... pójdę już – odrzekła cicho Wincunia i odchodziła z wolna, a Bolesław patrzył na nią zdziwiony, zasmucony. Nagle zwróciła się i podeszła prędko do narzeczonego, podała mu rękę i szepnęła: – Panie Bolesławie, pan nie gniewasz się na mnie, nieprawdaż? – Ja? gniewać się na ciebie? – zawołał Bolesław, obejmując ją i przyciskając do piersi – mój ty aniele drogi, za cóż ja miałbym gniewać się na ciebie! Wincunia podniosła głowę i patrzyła na niego łagodnie i z dziwnym jakimś żalem. Dwie łzy błysnęły na jej rzęsach. – Jesteś taki dobry... dobry – szeptała – ja tobie tyle jestem winna! ty byłeś mi ojcem, bratem, opiekunem... Wszystko, co mam, mam przez ciebie, wszystko, co umiem, przez ciebie umiem... Och, jaka ja niewdzięczna!... Łzy spadały z rzęs i spłynęły po twarzy. – Wincuniu, co ci jest? – zawołał Bolesław, tuląc ją mocniej do siebie – skąd ci te przypomnienia? = te wyrzuty sobie czynione? Ty słaba być musisz? jesteś blada, ręce masz gorące, drżysz cała! Boże mój! gdybym też już prędzej mógł być mężem twoim, czuwać nad tobą w każdej chwili i taką cię otoczyć opieką i miłością, aby żadna chmurka nie zasmuciła ci czoła, żadna smutna myśl nie tknęła serca. Przy ostatnich wyrazach Bolesława Wincunia zadrżała całym ciałem. – Ty jesteś słaba, moja jedyna – rzekł, patrząc na nią Bolesław – idź, połóż się; jutro pewno ci lepiej będzie! Poszła powoli, milcząc, on szedł obok niej aż do drzwi jej pokoju, potem pocałował obie jej ręce i rzekł z powagą: – Niech cię smutne myśli nie dręczą, jeśli je masz jakie. Pamiętaj o tym, że blisko ciebie jest człowiek, który kocha cię prawdziwie i po męsku, więcej niż samego siebie..., który = strzeże cię i gotów bronić w każdej chwili. Idź i śpij spokojnie, moje dziecię, a niech cię jutro zobaczę zdrową i wesolutką. 12 Wyraz: moje dziecię Bolesław wymówił = z takim prawdziwie ojcowskim uczuciem, iż zdawało się, że w istocie do tego młodego dziewczęcia, co przed nim stało, miał jakieś prawa ojcowstwa. Tak, on czuł się, i słusznie, ojcem = jej duszy! Drzwi zamknęły się za Wincunią, = Bolesław odszedł. W bawialnym pokoju spotkał się z panią Niemeńską. – Czy pani nie wiesz, co się dziś stało Wincuni? – spytał z niepokojem – blada, milcząca i parę razy łzy miała w oczach. – Ja sama uważałam, że ona dziś była nieswoja – odparła ciotka – zaraz po powrocie zaczęła się skarżyć na ból głowy, a cały wieczór siedziała jak niema, co jej się przecie nigdy nie zdarza! Żeby to tylko nie był początek choroby jakiej, broń Boże! – Gorączki panują w okolicy... – szepnął Bolesław, przesuwając dłoń po nagle zbladłym czole. – Jeżeli by Wincuni było gorzej w nocy lub jutro z rana – rzekł do pani Niemeńskiej – nie tracąc ani chwili czasu, przysyłaj pani do mnie, a pojadę natychmiast sam po doktora. Dam w domu rozporządzenie, aby konie przez całą noc stały w stajni ubrane i gotowe do drogi. – Pożegnał panią Niemeńską i wyszedł, po kilka razy powtórzywszy prośbę, aby w razie zasłabnięcia jego narzeczonej natychmiast mu o tym oznajmiła. W pół godziny potem cisza zupełna panowała w Niemence, wszyscy spali we dworku i wszystkie światła pogasły, tylko w oknie pokoiku Wincuni długo w noc błyszczało światełko.