Zaloguj się
Cytuj

"[15 listopada 1957]"

Źródło: tei.nplp.pl
Cytowany dokument: [15 listopada 1957], Wierzyńscy Kazimierz i Halina
Data aktualizacji: 6 październik, 2021
Kochany Mietku,
Zarzucam Cię rękami najulubieńszych Twoich kobiet, co raz to inna powtarza Ci moje szepty. Dziś mam nową niespodziankę. Piszę, bo obchodzę jubileusz, pięć tygodni temu się zaczęło i jeszcze tydzień ma się ciągnąć. Potem zrywam się do lotu, a dokąd dolecę, przyszłość pokaże. Czuję się lepiej, głównie dlatego, że naśladuję w tym Halusię. Jest ona silna jak tur, mówię Ci, mury walić. Tak się odrodziła przy mnie.
Przechodząc do interesów, chcę Ci donieść, że Fryling powiedział mi dzisiaj przez telefon, że już coś pisze, ale jak jest naprawdę, to Bóg jeden wie. Nie napisałeś mi, czy zgadzasz się na skład główny, ale marzę, że coś już w tej sprawie postanowiłeś i porozumiałeś się z Karczewskim, bo jemu należy się jakaś odpowiedź. Dalej. Chcę dostarczyć trochę amunicji Sylvie. Należałoby uderzyć w Ryszarda Matuszewskiego, który jest najniższym serwilistą. Jest to niestety jeden z moich nieudanych wychowanków. Nazywał Leszka, Goetla i mnie faszystami, a w 1939 roku współpracował w „Gazecie Polskiej”R. Matuszewski pisał w swej książce Literatura międzywojenna (Warszawa 1953, s. 109): „Jeszcze inni, jak Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński, staczają się na pozycje zdecydowanie reakcyjne, stają się gloryfikatorami sanacji i faszyzmu”. Cztery lata później na łamach „Nowej Kultury” (1957, nr 38) ogłosił recenzję pt. Wiersze Lechonia, o wydanych przez „Czytelnik” w Warszawie Poezjach Lechonia.
O współpracy z „Gazetą Polską” Matuszewski wspominał po latach: „W odróżnieniu od innej kolumny literackiej «Gazety Polskiej» pod redakcję Kadena-Bandrowskiego, gdzie ukazywały się nader często płody zdecydowanych grafomanów, przyjęcie wiersza przez Wierzyńskiego uważało się za niezawodny sprawdzian ich wartości. Przy czym wiadomo było, iż Wierzyński ceni wyłącznie utwory utrzymane w tradycyjnej poetyce. Nie pamiętam mojej pierwszej wizyty u Wierzyńskiego: czy przyjął mnie w redakcji, czy od razu zaprosił do domu? Bo pamiętam, że byłem potem u niego na Hożej kilka razy i do dziś mam w oczach piękne pejzaże Rafała Malczewskiego zdobiące ściany jego gabinetu. Wierzyński był niesłychanie miły i serdeczny, bardzo bezpośredni. Wydrukował mi na swojej kolumnie w «Gazecie Polskiej», w roku 1936, trzy wiersze: sonety Wędrówka i Mędrzec oraz 4-zwrotkowy liryk Drewniany Bóg” (R. Matuszewski, Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka, Warszawa 2004, s. 496).
, gdzie pamiętam ukazało się kilka jego wierszy i jeden bardzo ładny pt. Tadeusz Zieliński. Może mu zrobisz przyjemność i przy sposobności mu to przypomnisz.
Punkt 2. Trzeciego października w lokalu Klubu KsięgarzaWieczór poezji Kazimierza Wierzyńskiego odbył się 3 października 1957 r. w Klubie Księgarza na Starym Mieście w Warszawie. Obecny na nim Stanisław Niewiadomski tak relacjonował to wydarzenie 4 października 1957 r. w liście do poety: „Sala była zatłoczona. Mój kolega uniwersytecki, Stefan Flukowski, podzielił się z nami garścią własnych wspomnień o Panu i krótko oraz pięknie scharakteryzował rozwój Pańskiej twórczości aż do dziś. Troje aktorów – Skarżanka, Gliński i Siemion – czytało Pana utwory. Większość znałem, niektóre słyszałem po raz pierwszy. Najlepiej wypadła interpretacja recytatorska Siemiona. To młodziutki, ale bardzo utalentowany aktor. Mam wrażenie, że on jeden z całej trójki poezje Pana przeżywał. Czytał pięknie. Byłem do głębi wzruszony. Najsilniej przemówiły do mnie Krzyże i miecze, ale i w Siedmiu podkowach także brzmiały tony, które (nie wstydzę się tego wcale) wyciskały mi łzy z oczu. Ponieważ tomy Pańskich poezji emigracyjnych są wielką rzadkością w Warszawie, przeto kilka utworów przepisałem sobie na poczekaniu. Zbudźcie mnie noszę drugi dzień przy sobie i właściwie umiem już ten wiersz na pamięć. Ale równie silne wrażenie wywarło na mnie wszystko, co czytałem i słyszałem po raz pierwszy. Marzę w tej chwili o tym, żeby te rzeczy mieć na własność. Ocalały mi prawie wszystkie tomiki Pańskich utworów przedwojennych. Na Pieśniach fanatycznych, na Rozmowie z puszczą i na Gorzkim urodzaju już dwadzieścia lat uczę maturzystów, czym jest polska poezja współczesna i na czym polega piękno słowa poetyckiego. Nie tylko w czasie okupacji hitlerowskiej, ale i w ciągu całego okresu «błędów wypaczeń» (jak się to u nas określa) wszystkie roczniki powierzonej mi młodzieży zaznajamiałem z wyborem wierszy Pańskich, poczynając od Wiosny i wina. Programy szkolne, oczywiście, nie przewidywały tego, ale sądzę, że spełniałem uczciwie swój obowiązek polonisty. Dowiedziałem się wczoraj, że sprawa wydania tutaj utworów Pana, pisanych na obczyźnie, jest czymś zupełnie realnym. Razem z tysiącami wielbicieli Pańskiego słowa pragnę tego gorąco. Będzie to dla nas wszystkich niezwykłe, radosne święto. Proszę mi wybaczyć, że piszę ten list. Pchnęła mnie do tego świadomość, że przecież każdy głos z Kraju, nie tylko od najbliższych, może Panu sprawić trochę przyjemności. Zwłaszcza głos bezinteresownej, serdecznej sympatii. Nie ośmielam się użyć słowa «przyjaźń», chociaż uważam, że każdy z nas, którzyśmy przyszli wczoraj do Klubu Księgarza, jest Pana przyjacielem. Przesyłam Panu gorące słowa wdzięczności za to, że napisał Pan te przepiękne wiersze”. Miesiąc później Kazimierz Wierzyński odpowiedział: „Dziękuję Panu jak najserdeczniej za niezwykły, gorący, przyjacielski list pisany po wieczorze w Klubie Księgarza. Chorowałem na serce przez sześć tygodni, dlatego nie odpisałem Panu wcześniej, ale przez cały ten czas cieszyłem się Pana listem i miałem go przy sobie przy łóżku. Nie byłoby dla mnie większej radości niż wysłać Panu moje książki, wiem jednak z doświadczenia, że przepadają, nawet polecone, nie będę więc tych prób powtarzał. Podobno dochodzą adresowane do sądów lub instytucji naukowych – może Pan mi poda taki adres, pod którym mógłbym umieścić Pana nazwisko i jeszcze raz zaryzykować. Starałem się i staram nawiązać stosunki z wydawnictwami prywatnymi, ale idzie to jak z kamienia, a teraz, po nowym przykręceniu śruby, będzie chyba beznadziejne. Proszę pozdrowić serdecznie p. Flukowskiego i podziękować mu za dobre słowo. Ściskam Pana dłoń mocno, raz jeszcze dziękuję za przyjaźń i życzliwość, zasyłam najlepsze życzenia na Święta, na potem i na zawsze” (S. Niewiadomski, Warszawa jakiej nie ma, Warszawa 1988, s. 353–355). na Starym Rynku w Warszawie odbył się wieczór moich poezji. Słowo wstępne wygłosił Stefan FlukowskiGdy w następnym roku latem Stefan Flukowski przebywał w Londynie u Tymona Terleckiego, Wierzyński pisał do niego 8 sierpnia 1958 r.: „Drogi Panie, Przeczytałem, że dziś odbywa się Pana wieczór autorski w Londynie i chcę Panu przesłać właśnie w tym dniu wyrazy pamięci i uściśnienia. Żałuję, niezmiernie żałuję, że jestem tak daleko, jakby na jakiejś podwójnej obczyźnie, gdzie nie mogę nikogo z Polski spotkać, z nikim pomówić, nie wiedzę nawet najżyczliwszych, do których zdaje mi się, mogę Pana zaliczyć. Chciałbym Panu serdecznie podziękować za otwarcie mego wieczoru w Warszawie, o którym z różnych stron mi pisano, prosiłem o to Tymona i teraz jeszcze raz dziękuję. Mieszkamy 115 mil za N[owym] Jorkiem, w małym miasteczku, między oceanem a zatoką Long Island. Teraz jest tzw. sezon, mnóstwo przyjezdnych, hałas i rwetes. Coraz to ktoś mnie odwiedza, właśnie odjechał niezwykle zdolny poeta z Chicago Jan Leszcza, zresztą żywy dokument naszych czasów, dziwadło z urazami z obozów, bez studiów, ale wszystkiego ciekawy, chłonny i nienasycony. W sobotę przyjeżdżają Ponikiewski i Wierzbiański, dwaj dziennikarze, we wtorek Jan Holcman, muzykolog i tak dalej. Piszę to Panu, żeby Pan wiedział, że mam prawo zatęsknić za ludźmi z Polski, których spotykam tylko przypadkowo w N[owym] Jorku (nie licząc Szyfmana, bo on wybrał się aż tutaj). Mam sporo znajomych i przyjaciół Amerykanów, najłatwiejszych ludzi na świecie i tak łatamy tę straszną dziurę w życiu, w którą wpadliśmy już prawie 20 lat temu. Cieszyłbym się, gdyby Pan wziął sobie jakieś książki, np. Korzec maku i Siedem podków. Tymon to pewnie Panu załatwi, a koszta pokryją «Wiadomości». Moim ukrytym marzeniem jest wybrać się do Europy, do Anglii i do Francji, ale widzę, że czas biegnie dostatecznie szybko, by te marzenia pozostały nienaruszone. Może na przyszły rok, a w przyszłym znów za rok, i tak bez końca, a raczej tak do końca, który przecież jest już niedaleko. Zasyłam Panu najlepsze życzenia. Wszystkiego najlepszego. Ściskam Pana dłoń i proszę o pamięć. Niech Pan pozdrowi w Polsce, kogo warto, ale nie Broniewskiego, nie Przybosia, nie Iwaszkiewicza, nie Ryszarda Dobrowolskiego, którzy chyba są gorsi od prawdziwie bolszewickiej bandy. Oddany Panu - Kazimierz Wierzyński” (List Kazimierza Wierzyńskiego do Stefana Flukowskiego. Ze zbiorów Książnicy Szczecińskiej, oprac. Cecylia Judek, „Bibliotekarz Zachodniopomorski” 1989, nr 1, s. 69-75)., wiersze recytowało troje aktorów: H. Skarżanka, W. Gliński i W. Siemion. Wieczór miał duże powodzenie. Sala była zatłoczona, zapowiedziano nawet powtórzenie imprezy. W prasie nie ukazała się ani jedna recenzja z wieczoru, choć jest publiczną tajemnicą w Warszawie, że takie sprawozdania złożono w redakcjach. Cenzura skreśliła je wszystkie. Są to fakty, możesz je wykorzystać. Marzyłbym o przyjeździe do Anglii, bo tu czuję się bardzo osamotniony. Po śmierci Leszka nie ma do kogo ust otworzyć. Wittlin jest do niczego. Ile przypuszczasz kosztowałby miesiąc w Anglii na prowincji pod Londynem? Gdzie jest to Wells, o którym wspominasz?
Ściskam Cię serdecznie, napisz dwa listy w odpowiedzi na ten, bo listy od Was to jedyna moja radość.
Twój Stareusz

Drogi Mietku, Strasznie się boję przyczepiać za nadto myślami do tego projektu cottage’aAng.: chata, dom na wsi, domek letniskowy w Anglii, ale mam okropną ochotę. Ale jednocześnie British Museum, National Gallery, Tate itd. chcę mieć w takiej odległości, żebym mogła rano wyjechać (z cottage’u), a wieczorem wrócić. Jak się żyje poza Ameryką? Zobaczyć Was wszystkich też wydaje mi się przeżyciem prawie ponad siły. To jak odwrócenie biegu czasu, wydawało mi się, że już przez całe życie będziemy czytali tylko nasze listy. Całuję Cię, powiedz Stefie, żeby napisała.
H

Czy Alex albo Gina Brook już do Ciebie dzwonili? Na razie narzekają na zimno w hotelu Cavendish i w ogóle w Londynie.

P.S. od Haliny: Jestem bezbronną ofiarą mojej podświadomości. Ponieważ nie cierpię air lettersAng.: listy lotnicze; tu – listy pisane na papierze lotniczym, który po złożeniu stanowił kopertę. więc ten tak urządziłam, że muszę go wysłać teraz w kopercie. Żegnaj i nie myśl o mnie źle –
HW