Zaloguj się
Cytuj

"[1 listopada 1964]"

Źródło: tei.nplp.pl
Cytowany dokument: [1 listopada 1964], Grydzewski Mieczysław właśc. Jerzy Grycendler
Data aktualizacji: 25 styczeń, 2022
1.11.64
Drogi Żuczku. – Dziękuję Ci za list, niestety, psujesz efekty niewyraźnym pismem, różnych rzeczy nie mogę odcyfrować. Lista niezupełna, z jednej strony nie zauważyłem cudownego ocalenia ze szponów Twoich ówczesnych sympatyków politycznychMowa o najściu w 1923 r. grupy młodzieży narodowej na redakcję „Skamandra” (która mieściła się w mieszkaniu Grydzewskiego), po wydrukowaniu pamfletu Antoniego Słonimskiego pt. "Rudy do budy!" („Skamander” 1923, z. 28, z kwietnia, przedr.: „Wiadomości” 1968, nr 40 [1175] z 6 października), który był skierowany przeciwko Adolfowi Nowaczyńskiemu. Mieczysław Grydzewski pisał po latach: „Słonimski, znudzony ustawicznymi atakami Nowaczyńskiego na skamandrytów, postanowił dać nauczkę mistrzowi paszkwilu i ogłosił w «Skamandrze» szkic o nim pt. "Rudy do budy", będący parodią stylu Nowaczyńskiego; dowcip tej parodii polegał na tym, że nie zawierała ani jednego zarzutu, który by miał jakikolwiek związek z rzeczywistością. W parodii swojej pisał Słonimski, że oczami duszy widzi Nowaczyńskiego włóczącego się po mieście z jednym okiem, ponieważ drugie wybito mu w burdzie ulicznej. W kilka lat potem, wskutek dwukrotnej napaści bojówek sanacyjnych, Nowaczyński utracił jedno oko” ([M. Grydzewski], "Silva rerum: Proroctwa literatów", „Wiadomości” 1961 nr 35 [804] z 27 sierpnia). Okoliczności najścia młodych endeków szczegółowo przedstawił Grydzewski w: "Silva rerum: Dalsze burzliwe dzieje pewnej przyjaźni. Odwrót", „Wiadomości” 1968, nr 40 (1175) z 6 października: „Nowaczyński doszedł do przekonania, że po jego gejzerze entuzjazmu skamandrytom może się w głowie przewrócić, i postanowił dać kontrparę. Zaczął tedy partyzantkę, szarpanie i podjeżdżanie. «Skamander» przezwał «akwarium żydowskim», skamandrytom dostała się nazwa «pick-pocketów»”. Po publikacji tekstu Słonimskiego "Rudy do budy!" „różne ciemniaki i prymitywy, pozbawione nie tylko jakiejkolwiek kultury literackiej, ale nawet elementarnego poczucia humoru, wzięły to arcydzieło pasticheʼu na serio, za obrazę jednego z luminarzy obozu narodowego i zmusiły go do zareagowania. I oto pewnego majowego popołudnia w redakcji «Wiadomości» zjawił się […] w asyście kilku studentów uniwersytetu sam poszkodowany. Redakcja mieściła się wówczas w mieszkaniu matki redaktora, które – jak wiele mieszkań w owym okresie napadów bandyckich – było zaopatrzone w przedpokoju w okienko z zasuwką, pozwalające sprawdzić, kto znajduje się na klatce schodowej. Redaktor miał zwyczaj otwierania drzwi samemu, przedtem jednak rzucał okiem, kto zacz. Zobaczywszy Nowaczyńskiego, od razu wiedział, o co chodzi, zlecił służącej powiedzieć, że nie ma go w domu i opuścił mieszkanie innym wyjściem. Po namyśle jednak uznał, że prędzej czy później wróg go dopadnie, i postanowił śmiało stawić czoło niebezpieczeństwu. W odpowiedzi na drugie dzwonienie po bohatersku sam otworzył drzwi. Tym razem Nowaczyńskiego już nie było, pozostała tylko eskorta w biało-amarantowych czapkach, ale w zwiększonej liczbie, rozsiana po całych schodach. Interes był krótki: znieważony pisarz musi być przeproszony, a obelgi odwołane. Redaktor odrzekł, że odwołanie tego rodzaju parodystycznych zarzutów, jak że «Gneuwert zarabia dosyć… na tradycyjnego śledzia z pejsachówką», albo że «od czasu jak dostał parę kuksańców, stał się zwolennikiem Ku-Klux-Klanu», byłoby dopiero prawdziwą obrazą Nowaczyńskiego i że poza tym przepraszać i odwoływać może tylko sam autor podpisanego pełnym nazwiskiem i imieniem artykułu, gdy wróci ze swej podróży na Bliski Wschód. Wolno przypuszczać, że gdyby redakcja mieściła się w normalnym lokalu biurowym, mogłoby dojść do zdemolowania urządzenia, ale co innego jest zdemolować urządzenie biura, a co innego normalnego mieszkania, po którym kręcą się kobiety i dzieci, nie wiadomo jednak, jak by się skończyło, gdyby nie trzeci dzwonek, który odegrał przełomową rolę w dalszym biegu wypadków. Oto w redakcji zjawił się Kazimierz Wierzyński, który przychodził w ogóle bardzo rzadko, a już nigdy w tych godzinach. Wśród studentów rozpoznał jednego ze swych znajomych i przywitał się z nim, jak zawsze Wierzyński, bardzo serdecznie. Po czym zorientowawszy się w burzliwej atmosferze, spytał, o co chodzi. Usłyszawszy relację redaktora, powiedział, że to jakieś nieporozumienie, które wyjaśni w rozmowie z Nowaczyńskim. Połączenie telefoniczne natrafiło na przeszkody, ponieważ młodzieńcy wyłączyli uprzednio telefon. Po pokonaniu trudności technicznych rozmowa się odbyła, i już sam jej przyjazny charakter zrobił na studentach wrażenie. Oto przybyli, żeby się rozprawić z Żydem, który umieścił artykuł innego Żyda, obelżywy dla czołowego pisarza obozu narodowego, a tymczasem natrafili na skamandrytę, który wprawdzie sam nie jest Żydem, ale jest w przyjaźni z Żydami ze «Skamandra», a z Nowaczyńskim mówią sobie po imieniu. W dodatku ów Wierzyński z zażydzonego «Skamandra», Kazimierz, był rodzonym bratem Hieronima, ówczesnego redaktora «Gazety Warszawskiej», później za okupacji po bestialsku zamordowanego przez Niemców”. W „Skamandrze” (1923, t. 4, z. 29–30) ukazała się następująca nota od redakcji: „W sprawie próby wymuszenia przez grupę akademików na redakcji «Skamandra» odwołania artykułu "Rudy do budy!", umieszczonego w zeszycie kwietniowym, ogłosiliśmy jasne i dobitne komunikaty w «Expressie Porannym», «Kurierze Polskim» i «Kurierze Porannym». Dziś na tym miejscu raz jeszcze kategorycznie zastrzegamy się przeciw zapędom zmierzającym w prostej linii do wprowadzenia terroru do naszego życia literackiego! Grupa zapalczywych akademików musi uświadomić sobie, że jeżeli występowała tylko w obronie człowieka pewnego obozu, z łatwością znajdą się ludzie innego obozu, którzy takim zamachom potrafią się przeciwstawić. Jeżeli zaś usiłowała zareagować na niewłaściwe metody polemiczne, powinna była rozpocząć od tego, który swymi paszkwilami spowodował wyżej wymieniony artykuł. Pamflet Słonimskiego – zresztą w lot zrozumiała zarówno krytyka, jak i czytająca publiczność – był tylko odwróceniem broni napastnika przeciw niemu samemu, złośliwym persyflażem i szyderczą parodią charakterystycznych właściwości stylowych, świadomą konstrukcją prawdy i fałszu, kłamstwa i insynuacji, kalamburu i paradoksu. Nosił charakter pedagogicznego eksperymentu, mającego na celu wykazanie, do czego doprowadzić może system nieodpowiedzialnych inwektyw i kalumnii, jeżeli szpada atakującego natrafi na równie ostrą i ciętą klingę w ręku dowcipnego i nieprzebierającego w środkach przeciwnika. Nie potrzebujemy dodawać, jak bardzo brzydzimy się tego rodzaju metodami stosowanymi na serio”. Kazimierz Wierzyński pisał na temat najścia na redakcję we wspomnieniu pt. "Pochwała redaktora", zob. tenże, "Szkice i portrety literackie", oprac. P. Kądziela, Warszawa 1990, s. 187–191. , z drugiej – kolacji w Europejskim, podczas której w przypływie szaleństwa podarowałem Ci HalusięŚlad tego szczególnego spotkania znalazł się też we wspomnieniach Haliny Wierzyńskiej w prowadzonym przez nią po śmierci Kazimierza dzienniczku-notatniku; po wizycie 12 września 1969 r. u Maryny (Marii) Potockiej, kiedy wspominały historię romansu Wierzyńskiego z Janiną Konarską (późniejszą żoną Antoniego Słonimskiego) i rozpad jego małżeństwa z Brysią (która później wyszła za mąż za Aleksandra Heiman-Jareckiego), Halina zanotowała: „I tak z pięciorga osób, bo był w tym i Heyman-Jarecki, powstały dwie pary małżeńskie i samotny Kazimierz – dla mnie. Tylko ja przyszłam później, w chwili kiedy sprawy formalne były już zamknięte. Doszły mnie jej echa, nie wiem nawet przez kogo, bo Tadzio Breza, z którym wtedy chodziłam na spacery, miał wielki szacunek dla intymnosci takich dramatów. Kazimierz cierpiał, o tym wiedzieli jego przyjaciele i pewnie temu nie zaprzeczyłby i on sam. Żeby go pocieszyć, Mietek Grydzewski zaprosił raz na kolację do Europejskiego Kazimierza i nas dwoje, Henryka i mnie. Mietek wracał z Henrykiem z Moskwy i bardzo go polubił. Teraz myślę, że był to pewnie rok 1932, lato, może czerwiec”; obok tekstu jest późniejszy dopisek w nawiasie: „To musiał być rok 1934” (notatnik w osobistych papierach H. Wierzyńskiej w archiwum K. Wierzyńskiego w Bibliotece Polskiej w Londynie, sygn. 1360.Rps/IX/4). Zob. też B. Dorosz, "Kazimierz Wierzyński – (pół)intymnie, czyli tryptyk biograficzny", w: "„Chcę wrócić jak emigrant, z podróży dalekiej, Z papieru, z martwych liter, żywy, do twych rąk…”. Życie i twórczość Kazimierza Wierzyńskiego (1894-1969). Materiały z Międzynarodowej Konferencji Naukowej w 50. rocznicę śmierci poety", red. B. Dorosz, Londyn 2019, s. 257–297.. Skąd wiesz, że chcę się zabić? Nieporządek na moim biurku doprowadzi mnie do tego. Tala zmartwiona, że o niej nawet nie wspominasz. Musisz być dla niej dobry, bo ja znowu się zmieniam. Winszuję nowego doskonałego mnemonicznie adresu.
Uściski serdeczne.