Zaloguj się
Cytuj

"[27 października 1948]"

Źródło: tei.nplp.pl
Cytowany dokument: [27 października 1948], Grydzewski Mieczysław właśc. Jerzy Grycendler
Data aktualizacji: 7 kwiecień, 2022
27 Rosary Gdns. S.W.7
27.10.48
Drogi Kaziu. – Dlaczego mi zazdrościsz Hamleta i Kupca weneckiego? To dziecinne przedstawienia jako poziom gry i wystawy. Bardzo zły jest teatr angielski.
Dziękuję za miłe zaproszenie, ale nie bardzo wiem, za co mógłbym wyjechać. Chyba że książka antologia, którą przygotowałem i która jest w przepisywaniu, znajdzie nakładcęChodzi o antologię noweli, o której Mirosław A. Supruniuk pisał: „Jeszcze przed wznowieniem «Wiadomości» i opublikowaniem antologii "Wiersze polskie wybrane" Grydzewski otrzymał od Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Londynie propozycję (prawdopodobnie jednak sugestia wyszła od niego samego) zebrania materiałów do antologii noweli polskiej w przekładzie na język angielski. Zadanie to wymagało dużego nakładu pracy i wiązało się z ogromną odpowiedzialnością. Dwie angielskojęzyczne antologie polskiej poezji i prozy, wydane w latach wcześniejszych w Anglii, spotkały się z obojętnym przyjęciem krytyki angielskiej i bardzo nieprzychylnym polskiej. W początkach 1947 roku Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie, który przejął «obowiązki» SPP, otrzymał efekt ponadrocznej pracy. Jednak «korekta» antologii, z trzema stronami uwag i poprawek oraz własną sugestią układu treści, zeźliła Grydzewskiego. Nie widząc możliwości kompromisu, zrezygnował z firmowania almanachu własnym nazwiskiem, a przygotowana antologia nigdy się nie ukazała. Wstęp miał napisać Thomas S. Eliot” (M.A. Supruniuk, "Mieczysław Grydzewski – herbu Zerwikaptur. Najpokorniejszy sługa literatury", w: M. Grydzewski, Silva rerum, wyb. J.B. Wójcik, M.A. Supruniuk, Warszawa 2014, s. 99–100).. Książki Bychowskiego nie dostałem. List Józia dostałem na urlopie, stąd zwłoka, zaraz dziś odpiszę. Ale nie bardzo rozumiem „względów pedagogicznych”, które mają go „związać”. Z czym? Kiedy? Po co? Wiążecie go tak od lat i nic z tego nie wychodzi. Kiedy pomyślę sobie, że nie zwróciliście się do Mackiewicza o książkę o Wilnie, by nie urazić Wittlina, ogarnia mnie szewska pasja. Piszesz, że „biedny, słaby, wykończony człowiek”. Przypomina się przedwojenne powiedzenie Słonimskiego: prawda, że Żydzi są prześladowani, ale to nie jest dostateczny powód, by zajmowali się handlem żywym towarem. Pani Kochańskiej poleciłem wysyłać. Nie bardzo rozumiem, po co mieliśmy więcej pisać o wrocławskim błazeństwie. Ważna jest reakcja pisarzy angielskich, a nie kto był z Polaków, tym więcej że nie wiemy, czy nie musiał być. Dlaczego obchodzi Cię, co ta hołota robiła czy mówiła? Na Boga żywego!
Co do Nowakowskiego, ma on stuprocentową rację. Przecierałem oczy, czytając Twój list, [i] wyznaję, że nie rozumiem. Cokolwiek robi Tuwim, po pierwsze, wierzy w to, co robi, po drugie, występuje czysto prywatnie, nie redaguje pism, nie stoi na czele związków, nie jeździ za granicę. Powiedzenie Jarosława o cichym kraju leczącym swoje rany, wbrew temu, co się mówi za granicą, jest jedną z najpodlejszych rzeczy, jakie usłyszałem (l’ordre règne à VarsovieFr. l’ordre règne à Varsovie – w Warszawie panuje porządek; wypowiedź ministra Horacego Sebastianiego w parlamencie francuskim po zdobyciu Warszawy przez Iwana Paskiewicza w 1831 r.). Najplugawsze korzenie się Tuwima przed Stalinem nie ma żadnego znaczenia, żadnego efektu, szkodzi tylko Tuwimowi samemu, propaganda Jarosława, zdradliwa i kłamliwa, po całym świecie, gdzie uchodzi za „katolika”Wydaje się, że uwaga Grydzewskiego nie odnosi się do konkretnych tekstów czy określonych wydarzeń lub deklaracji Iwaszkiewicza. Ważne w tym kontekście są jednak dziennikowe zapiski Iwaszkiewicza; 9 lutego 1955 r. notował: „Zastałem w redakcji liścik od Zawieyskiego. Zawiera on parę uwag o moich opowiadaniach, on uważa, że moje przedwojenne opowiadania są dobre i bardzo «chrześcijańskie». A powojenne? Przecież cały ich pesymizm – Felka wtrąca do ciupy, pan Friedensohn zostanie sam ze swoim cierpieniem i bezdomnością, Anglicy odkryją złoto na Nowej Gwinei, Klara nigdy nie przyzna się, że kocha Van der Vliedta – jest też chrześcijański [to odwołania do opowiadań Ucieczka Felka Okonia, Kwartet Mendelssohna, Opowiadanie z krainy Papuasów i Opowiadanie brazylijskie – B.D.]. Nie przewiduje obiektywnego przewalczenia zła, uważa, że zło można zwalczyć tylko indywidualnie. Tołstoj i Zmartwychwstanie. Przecież to wszystko, co piszę, mogło powstać tylko jako produkt kultury chrześcijańskiej, więcej – kultury katolickiej. Jestem największym pisarzem katolickim w chwili obecnej. Ale o tym nie tylko nikt nie wie w tej chwili, ale nigdy nikt nie będzie wiedział. Może kiedyś powiedzą, że pisarzem katolickim – ale nigdy, że największym. Katolicyzm teraz to ksiądz Meysztowicz, Graham Greene i Mateusz Gliński… a u nas Bolcio [Piasecki] i Dominiczek [Horodyński]. I poczciwy Jurek Zawieyski. Katolik to on jest – ale pisarz? Dlatego tak nie lubię prawosławia, którym podszyty jest każdy rusek [!]” (J. Iwaszkiewicz, "Dzienniki 1911–1955", oprac. A. i R. Papiescy, wstęp A. Gronczewski, Warszawa 2007, s. 467–468)., jest czymś wyjątkowo plugawym. Jarosław i Słonimski odgrywają rolę tych byków-zdrajców, które zwabiają na arenę byki niechcące walczyć, a potem się same wycofują. A taka drobna rzecz, jak występowanie pod nagłówkiem „Wiadomości”Grydzewski powraca do sprawy „Nowin Literackich”, których winieta była kopią „Wiadomości Literackich”.? Czy gdyby tego odmówił, zesłano by go na Sybir? Po co to robi? Dlaczego nie chcesz zrozumieć, że Tuwim czy Gałczyński (świeżo w Moskwie pobił wszystkie rekordyKonstanty Ildefons Gałczyński w listopadzie 1948 r. był z tygodniową wizytą w Moskwie jako członek delegacji na obchody rocznicy rewolucji. Po powrocie 15 listopada 1948 r. pisał do redaktora „Przekroju”, Mariana Eilego: „Na zaproszenie radia radzieckiego wygłosiłem przed mikrofonem radia Moskwa felieton o moich pierwszych wrażeniach. Jak się Jerzy [Borejsza – red.] o tym dowiedział, to zaraz kopię rękopisu zabrał do «Odrodzenia». Zrozum, że nie mogłem odmówić. To on przecież załatwił mi tę cudowną podróż. Ale z tym felietonem to czysty przypadek. Leciałem do Moskwy wyłącznie z zamiarem przekrojowym, tj. z zamiarem zebrania materiałów na cykl wierszy moskiewskich dla «Przekroju», i niniejszym ten plan realizuję, załączając utwór pierwszy. Całość wieńca Moskwa 1948 ukaże się w formie książkowej” ("Pozdrowienia dla Czarodzieja. Korespondencja K.I. Gałczyńskiego", oprac. K. Gałczyńska, Warszawa 2005, s. 73). Tom, o którym poeta wspomina, wyszedł nakładem Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” pt. "Ślubne obrączki" (Warszawa 1949). Dziesięć lat później Kazimierz Wierzyński po lekturze pierwszych trzech tomów "Dzieł" Gałczyńskiego (Warszawa 1957–1958) pisał m.in.: „Rozwój pisarski Gałczyńskiego po powrocie do kraju jest fenomenem. Inni reemigranci umilkli wśród nowych warunków życia, albo chodzili dawnymi swoimi drogami. Gałczyński nie tylko przeniósł swój talent w trudną epokę nie uszkodzony, lecz jeszcze dodał mu skrzydeł. W pewnym okresie była to jedyna żywa poezja na ziemi polskiej. Oczywiście, że płacił swój haracz, że poddawał się przymusowi i swoją rozlewną, bezpośrednią strofę ozdabiał Leninem, Stalinem i innymi podobnymi dowodami wiernej służby. Nawet w tak odległym temacie jak Wit Stwosz znalazł miejsce, aby wpakować Manifest Komunistyczny i lotnictwo Pragi, Bukaresztu, Tirany (!), Pekinu i Moskwy. Wymagała tego «estetyka» okresu drętwej mowy i nacisk mniej lub więcej tajnej policji literackiej. Nie trzeba czekać, aż nadejdą inne czasy i można już dziś ustalić, że były to wstawki robione na zimno, cynicznie, z wyrachowaniem. Oficjalna krytyka twierdzi i twierdzić będzie, że w ten sposób wyraża się przewrót ideowy Gałczyńskiego, ale wyczucie prawdy upewnia nas, że taką cenę płacił, aby uzyskać swobodę dla reszty swego poetyckiego życia. […] W powojennej Polsce Gałczyński snuł się jak człowiek, o którym się mówi, że nie wiadomo, czy kpi, czy o drogę pyta. Oczywiście wiadome było wszystko. Jego wrodzony i przybrany lunatyzm pozwalał mu chodzić po rynnach i gzymsach okiennych w księżycu, wysoko ponad płaską nudę świadomości klasowej. Powojenny Gałczyński, poputczyk lub komunista, wart jest aktualnie tyle, co przedwojenny Gałczyński, urzędnik biura cenzury w Komisariacie Rządu albo pierwszy skrzypek ONR-u. Ten Cygan, fantasta, biedak, miał jedno marzenie, swoją Farlandię poetycką (K. Wierzyński, "Odsłonięty nerw poetycki. O Gałczyńskim", do druku podał P. Kądziela, „Plus Minus”, dod. do „Rzeczpospolitej” 1993, nr 49).) występują w swoim imieniu i nikogo nie oszukują. Tuwim nikomu nie mówi prywatnie: „ja myślę tak jak wy”, ale głośno wykrzykuje, że za mało faszystów powiesili. Iwaszkiewicz wprowadza ludzi w błąd, występując na zewnątrz jako pisarz katolicki: „zdecydował się być świnią” – tak mi właśnie napisał ktoś z Kraju. Taka postawa budzi we mnie największe obrzydzenie – pozwalam sobie przypomnieć scenę z Bénardem w powieści Lechonia. Ale już dajmy spokój, bo i tak się nie porozumiemy. Ty na przykład trawisz Wittlina, ja – nie.
Hemarowi przekazałem Twoje pozdrowienia i sugestieNie udało się ustalić, o co chodzi – być może nie zachował się albo cały list Wierzyńskiego, albo jakiś dopisek, w którym jest o tym mowa..
Ściskam Cię serdecznie.
Zdanie Jarosława o „kraju spokojnym” mnie wystarcza.