Zaloguj się
Cytuj

"Żywoty Świętych"

Źródło: tei.nplp.pl
Cytowany dokument: Żywoty Świętych
Data aktualizacji: 30 czerwiec, 2022
ŚWIĘTY KAŹMIREK

Dawna święta powieść niesie o pustelniku
I wesoły żył na świecie w ciemnym kąciku
I razy dzień zawitał
zawsze Matkę Boską witał: Ave.

Ładne ptaszki wraz z nim żyły w tej chacie jego
I to za nim się uczyły śpiewu wdzięcznego
A gdy on Maryję wzywał, zawsze
ptaszek za nim śpiewał: Ave.


ŚWIĘTA GENOWEFA

Żyjąc na ziemi cierpiała wiele
Słodka ofiara miłości.
Dziś Anioł Boży u stóp jej ściele
kwiat nieskończonej radości.

Żyjąc na świecie cierpiałaś wiele
Słodka ofiaro miłości
Dziś Anioł Boży u stóp twych ściele
kwiat nieskończonej radości.


ŚWIĘTA MAGDALENA

Maryja Magdalena w świecie się kochała
Grzesznicą wszetecznicą przez długi czas trwała.

Poszła potem na puszczę, tam pokutowała
Grzechy swoje do śmierci opłakała.

Bierzcie przykład ułomni jawnogrzesznicy
Z Marii Magdaleny, świętej pokutnicy.


MATKA BOSKA Z SIEDMI MIECAMI

Anielską pieśń dzwon grał
Cześć Maryi wdzięcznie głosił
Serce ludzkich jękiem łkał
Na ziemię zejść Ją prosił.
Ave, ave, ave Maria
Zdrowaś, zdrowaś, zdrowaś
Zdrowaś Maryja.


ŚWIĘTA WERONIKA

Gdy Pan Jezus z ciężkim krzyżem z miasta wychodził
Oto Weronika święta k’Niemu przychodzi
Całego zranionego
Okrutnie skrwawionego
Otarła ta cna niewiasta do rąbka swego.

Weronika otrzymała wielką nagrodę
Że przyniosła Jezusowi miłą ochłodę
Dał jej swą twarz skrwawioną –
Na chustce wyrażoną
Ach, jak bardzo ta niewiasta jest nagrodzoną.

***
Ogrodzie oliwny widok w tobie dziwny
Widzę Pana mego na twarz upadłego
Tęskność, smutek, strach go ściska
Krwawy pot z niego wyciska.
Ach, Jezu mdlejący, prawie konający.


ŚWIĘTA JADWIGA

Jadwigo, święty kwiecie wybrany
Ozdobo kraju, patronko nasza
Tyś dała nam wolność, skruszyła kajdany
Bo Ty u Boga moc wielką masz.

Spójrz Jadwigo na nasza ziemię
Na twą ojczyznę i wierny lud.
Miej w swej opiece piastowskie plemię
Błogosław nowy wolności cud.


MATKA BOSKO NIEPOKALANIE POCĘTO
Jak Bóg stworzyl świat, obznajmił prorokom, ze z wóli Jego narodzi sie Dziewica z Anny i Jakuba, a imie jej bedzie Maryja, wydo sie za staruska, bedzie niepokalanie pocęta od anioła i z Ducha Świętego porodzi Syna.
No i tak było.
Jak Matce Boski bylo dwanoście roków, tak przysed do Ni aniol z wielgom jasnościom i biołom lelijom, od Boga posłany.
– Niek bedzie pokwolony Jezus Krystus! – powiado. Nie bój sie, Dziewico – rzece – jo Ci nic nie zrobie. Jo jes anioł z nieba, przez Boga Ojca posłany, coby Pannie Maryji powiedzieé, ześ Ty je błogosławiono między niewiastami i bedzies wyjątkiem, bo z mocy Ducha Świętego porodzis Syna, a imie jego Jezus.
Maryja rzekła:
– Lękom sie tego zdarzynio, bo męza ni mom, a do reśty jo za młodo. Jakoz to bedzie i co ludzie na to powiedzom?
– Nie bój sie, Maryjo, nic! – pado anioł. – Niek Ci sie o to nie rozchodzi. Bedzies miała męza w duzyk rokach, a imie jego Józef. Z wóli Ojca Niebieskiego wsyćko bedzie fertyg. Ty bedzies grzyśnymu norodowi zbawieniem, cartowi przeklętemu głowe zetrzes, tela je słów moik na dzień dzisiejsy i więcy ni mom z tobom interesu, bo muse iś dali – z Panem Bogiem!
I posed.
Matka Bosko dostała do serca okropnego jankoru i i posła zafrasowano do swoi ciocie Helżbiety, coby sie ji uzolić, co tyn aniol takie bery po próżnicy opowiado.
A ciocia jeji rzekła:
– Nie trop sie, córko, nic. Jak Ci tak anioł powiedzioł, to cheba tak musi być, bo ón ta zawdy cosi kajsi wi, bo ón je od Boga. Idze, córko, do klaśtora jerozolimskiego i pomódl sie do Boga, to Ci bedzie lzy.
No dobre. Posła Matka Bosko do tego klaśtora, a tam odprowioł mse arcyksiąze jerozolimski. Modli sie, modli, a tu zesło sie sporo kawalyrów i modlący przypatrowali sie Maryji Dziewicy, bo była ładnego ciała na tworzy.
A jak to uwidzioł Pon Bóg, otwar dźwiyrze niebieskie, zrobił dziure w powale kościola i puścił glos z nieba:
– Nik nie pojmie Jej za zone, ino tyn, co mu kwiotek z losecki wykwitnie.
Wsyjścy kawalyrowie i panowie chycili losecki i oględowali, cy im tez ta wykwitnie, cy nie wykwitnie. Ale ino świętemu Józefowi trefiła sie łaska Bosko, bo mu z losecki ślicno lelija wykwitła. Dziwujom sie panowie, co taki starusek bedzie robił z takom młodom i cymu akurat je błogosławiony między wsyćkimi kawalyrami. A święty Józef ozpłakoł sie i ozpłakała sie Maryjo, ale nic nie mówiła, bo tak Bóg kcioł i tak musiało być.
Az tu arcyksiązę jerozolimski powiado:
– Stąp tutok, święty Józefie! Stąp tutok, Maryjo! Przystąpili, klęknyli przed arcyksięciem, a ón doł im ślub i blogosławiyństwo.


O PANU JEZUSIE FRASOBLIWYM I ŚWIĘTY WERONICE

To jest okropne ciyrpienie Pana Jezusa, taki prowdziwy wizerunek katolicki, polski. To jest w róznyk ksiązkach, coby ludzie o tym wiedzieli na wieki wieków, amen.
Jak Zydy zahareśtowali Pana Jezusa w Ogrojcu, no to Go przywiedli do Piłata, coby Go sądził. Ale Piłatowi nie kciało się sądzić, zapar dźwiyrze przed tom hołotom, wyścigoł ik. No to oni pośli do insego sądu, do Heroda. A Heród był jesce więksy honcwut, kozoł biydnego Pana Jezusa przywiązać do słupa.
– Zawiązcie Mu – pado – ocy, pozrucojcie ś Niego odziynie i przyrznijcie mu fest!
Taki był drań! No to óni Go przywiązali do słupa, zawiązali Mu ocy smatom, poździyrali ś Niego ubranie i wyrzli Go trzy razy w licko.
– Jakeś król – mówili – no to zgaduj zgadula – kto Cie bije.
– Jeruzalem Boga swego bije! – ten im pedzioł.
No to óni jesce Go trzy razy uderzyli.
Teraz juz Pon Jezus nic nie mówił, ino sie zasmucił.
– O Jezus, Maryjo, bijecie mnie, bijecie, ani nie wiycie, co sie skróś tego bedzie dzioło.
A óni furt Go bili, dwaścia śtyry godzin Go bili, trzy tysiące ran zrobili Mu na plecach, rózowyk, cyrwonyk, cornyk, ani sie patrzyć na to okrutne bicowanie nie dało.
A jak sie juz zmęcyli, przywiedli Go nazod do Piłata, coby Go osądził. A Piłat:
– Juz mi sie – powiado – nijakiem prawem nie do wycyganić, muse Go osądzić, ni ma co.
I doł wyrok na śmierć.
Tak óni sie uradowali i odciupasowali Go do Kalwaryje, a po drodze błotem na Niego rzucali. A to błoto z krwią sie zmiysało. Dobrze, ze trefiła się po drodze jedno poganka litościwego serca, wziena, obtarła licko Panu Jezusowi usteckom. No i co sie nie robi, na ty ustecce wynikła tworz Pana Jezusa.
– O Jezus, Maryjo – powiado – dopiyro miałak cystom ustecke i juz mom z wizerunkiem?
Uradowała sie i posła do domu, ale juz nie była pogankom, przystała do polski wiary, do katolicki i ostała świętom. Pisała sie święto Weronika i robiła cuda. A z ty ustecki miała wielgi prefit, bo kurowała królów, wojewodów, burmistrzów, samyk dochtorów kurowała. Jak ino kogo okryła tom usteckom, to juz był zdrów, to była jei nojlepso medycyna.
Jak sie ludzie zwiedzieli, ze óna takie śtuki robi, kozali ji iś do króla, wielgiego króla, co juz mioł umrzyć – taki był chory. Óna okryła tego króla swojom cudownom usteckom, a król do śtyrnostu dni był zdrów. Co kces, święto Weroniko – powiado – to ci dom za to, ześ mie wylicyła.
A święto Weronika rzekła:
– Zaprowde, zaprowde, jo nic nie kce, ino zeby Zydów dać do śtrofu, ze Pana Jezusa umęcyli.
A król zasie rzek:
– Dobre, juz jo im dom!
I wzion okropne wojsko pod siebie, zniscył Jerozolime, domy posprzewrocoł, po popodpoloł i powiedzioł tak:
– Skóńcyło sie wase panowanie! Od tyk cos nie bedziecie mieć urzędów ani swojego magistratu, ani burmistrza, ani zianderów, ani wojska!
A wsyćko z wóli tego, co nasego Poniezuska wydali na morderstwo. No i cóz Mu zrobili? Przybili Go na hańbe do krzyza, a to drzewo sie przebóstwiło, podziurawili Go pikami i gwoździami, a Ón i tak zmartwychwstoł. Óni myśleli, ze jak ciało skrusom, umęcom i zabijom, to juz z Panem Jezusem zrobią fiksomfertyg. Głupie osły! Ón zaś wyloł krew ze serca swojego, a z tej krwie nabroł taki siły, ze zmartwychwstoł, a te złe ludzie juz dawno pomarli.

Gdy Wawro skończył swoją opowieść, rzekłem:
– Bardzoście to ładnie opowiedzieli, aleście mi jeszcze zapomnieli powiedzieć, dlaczego robicie Pana Jezusa siedzącego i podpartego?
– Przecie wom mówiłem, ze jak Go bili, to sie Pon Jezus zasmucił.
Istotnie. Powinienem wiedzieć, że jeśli człowiek rękę do twarzy przykłada, to najpewniej jest smutny.


MATKA BOSKO Z SIEDMI MIECAMI

Jak Panu Jezusowi było dwanaście roków, tak nabroł wielgiego rozumu do glowy, posed do kościoła naucać przemądrzałyk dochtorów i Żydów.
– Jezusek, Jezusek. Matko Bosko, co sie z tym śkutem dzieje. Ka on poloz, utrapieniec jeden. Jezus! Jezus!
– Tutok, Mamo, w kościele. Naucam przemądrzałyk dochtorów.
– He, he. Nauca nas. Patrzajcie, nas, dochtorów, ten śkut, he, he.
– Tyla casu, Synku.
– Dobry głowy nie mają i bez to.
– Synu, mój Synu, ani Ty nie wiys, ileś mi dodał boleści do serca mego.
– Maminko moja, Ty mnie jesce pilnujes, ale wnet mnie nie upilnujes. Zaprowde, powiadom Ci, ze juz mój cas przychodzi, mamulko moja, ani sie nie pomiarkujes, jak mnie z krzyza bedzies piastowała.
– Jak to z krzyza?
– Jo na nic nie poradze, bo takie jes ozporządzenie Ojca mego Niebieskiego w Trójcy Święty Jedynego, ze akurat jo mom umiyrać za wsyćki noród.
– Osana! Osana! Synackowi Dawidowemu. He, he, he.
– Mamulecko moja, zebyście sie na śmierć zatropili, to Wom to nic nie pomoze, bo i tak bede zamordowany bez miłosierdzio. – Świecki, świecki przedaje, do cukierków lazowych, maca, maca.
– Cicho, Zydy. Coście tu przyśli jermacyć? – powiado. – Do polskiego, katolickiego kościoła? Swojego ni mocie? Smyrojcie stąd, gałgany – powiado – pókim dobry.
– Gwałt, gwałt. Jezus nas bije, Matko Bosko! Cepów trza nazbirać, kolików z płota, wio na niego.
– Pockojcie Zydy, wolnego. Jeszcze nie cas – powiado – na mojom męke, jesce nie przysed ozkoz od Boga! Jak mie mocie zamordować to dobre, jo sie temu nie sprzeciwiom, ale nie teroz, wsyćko musi być przy swoim casie.
I zniknął im.
– Gdzie Ón, nie ma Jezusa. Sukoj, toć gdziesi kajsi musi być. Gdzie Ón sie obraca, choroba jedna.
Ale niedługo pote przysed ten cas i Zydy ucapili Pon Jezusa jak Bóg przykazoł. Powiązali Go, skopali, wodzili od sądu do sądu, od Heroda do Piłata i nazod, waryjoty jedne. A pote Go wywlekli na Golgote, ukrzyzowali wedle Ewangelii Świętej na Wielgi Piątek. I wte przysła pod krzyz Matko Bosko.
– O Jezusie, Maryjo – powiado – Synu mój, Synu, na tom Cie piastowała, zeby Cie wydać na takie okrutne morderstwo? Synu mój, Synu, ani patrzeć nijakiem prawem nie moge na krew Twojom świętom.
Serce sie ji ścisnęło od okropnego jankoru i ani sie nie spozdała jak ji siedym mieców boleści do serca wleciało.
Ludkowie moi, jak wom sie trafi niescyńście i biyda okropno, to se wspomnijcie, ze i Matko Bosko miała siedym mieców w sercu i musiała wytrzymać, to i wy tyn jedyn miec wytrzymocie i zarazinek bedzie wom łzy, zarazinek.


ŚWIĘTA MAGDALENA
Święta Magdalena była ozpustnom dziewicom, bo lubiła sie ciesyć z parobkami. Przebiyrania rózne nosiła, z wielgiem państwem balowała i po nocach sie smyrała z kawalyrami.
No dobre. Jak roz tak sła do domu nad ranem, naciesono i nagrzysono, tak spotkoł sie ś niom Poniezus, a óna – hips, za płot!
– O raneści – powiado – ten mi wsuje!
A Pon Jezus jom widzioł, pogroził ji palcem:
– Magdalenko, Magdalenko, co ci powiym, to ci powiym, ale ci powiym, cies sie z kim kces, grzys z kim kces, ino kóńca patrz.
I posed swojom drogom, a Magdalenka swojom.
No dobre. Jak tak wracała od kawalyrów, widzi, ktosik wisi na drzewie krzyzowym.
– O raneści święte! A dy to tyn, co mi powiedział: ,,Cies sie z kim kces, grzys z kim kces, ino kóńca patrz”. Skrusyło sie ji serce, ze Zbawiciela świata mordercy zamordowali, posła pod krzyz, obłapiła go rękami i rzewnie zapłakała.
A Pon Jezus przemówił do ni:
– Widzisz, widzis, Samarytanko, co się ze mną teraz robi. Ty teraz płaces, a jo za ciebie krew przeliwom, ześ zgrzysyła w ozpuście, a mnieś nigdy nie wspominała. Teraz jo cie nie znom, grzyśno Samarytanko, idź od krzyza mojego, niek umiyrom w spokoju. A óna furt płakała i wołała: – O, Panie Jezu, zmiłujze sie tez, zmiłuj nade mnom... I tak dwaścia śtyry godziny krwawemi łzami płakała, trzy tysiące łez wypłakała. Wtedy Pon Jezus rzece: – Juz dosyć, dosyć, daruje ci wsyćkie grzychy twoje, całom twojom ozpuste. Idź teraz, córko, na pustynie i pokutuj, a bedzies zbawiono. No i Maryja Magdalena udała sie we wielgom pustynie, posła w okropne lasy i góry i zyła nicem: grzybami, jagodami, laskowemi orzechami, cym ta mogła. Ale kciała jesce więcy pokutować i posła do jednego gróborza:
– Mój gróborzu – powiado – idźcie na smętorz, wykopcie mi głowe matcynom, bo jo pokutować kce, w trumnie bede ligać i głowe matcynom pod swojom głowe dom.
I tyn gróborz przyniósł ji głowe, a óna postawiła małom sope z okrajków, takom trumne-kuce z desek zbiła i tam ligała, a głowe matcynom miała za zogłówek.
I tak pokutowała, aze jom w ty trumnie śmierć spotkała.
Wtedy posłał Pon Bóg anioła, a ón zaprowadził jei duse przed Syna Bozego do nieba i została zbawiono na wieki wieków – amen.


ŚWIĘTY KAŹMIREK DAJE ŚLUBY PTOSKOM

Święty Kaźmirek mioł okropnie cudownom praktyke. Mioł straśnie bogatyk ojców, starostów, abo jesce więksyk, a niwek było tamoj więcy jak całe Wadowice.
Powiado roz tyn starosta do swoji:
– Wielmozno pani! Synka momy grzecnego, naucnego, ale se tak uwazuje: musimy nasemu synkowi cosi więcy dać.
No i dobre. Kupili mu toblicke, rysik i oztomajte lamentorze i posłali go do skoły. A święty Kaźmirek chodził do ty skoły i straśnie fajnie sie ucył. Co popatrzoł do lamentorza, to juz wiedzioł, jak sie mo ślabizować, aze sie zlecieli ozmajte profesory i iśpektory.
– Skąd sie tymu śkutowi – powiadajom – tela rozumu biere? Taki biydny na gembusi, taki mizerocek, a taki wymądrzeny, ze niek ręka Bosko broni.
– Skądeś ty, chłopocku, tela rozumu nagamobił? – pytajom sie go.
– Z ksiązek – powiado – i z Du-a Świętego.
Ośmioli sie wszyscy z takiego godanio.
– A kaześ ty, chłopocku, widzioł Du-a Świętego?
A święty Kaźmirek juz sie spozdol, ze ś niego śmiychy robiom.
– Ani oko nie widziało – rzece – ani ucho nie słysało, wiela zgotowił Pon Bóg tym, co sanujom wyroki Jego.
I więcy juz nie kcioł chodzić do taki skoły. Jak przysed do domu:
– Mamulko moja – powiado – jo juz do skoły nie bede chodził, póde w świat.
– Synku mój – mówi mu mama – ni ma taki skoły, co bym w ni mądrości kupił. Jak w skołach siedzom głupcy i sami nie wiedzom, co majom ucyć, idźze w świat, synku mój, a miłosierdzie Boskie i Duch Święty cie nie opuści.

I posed święty Kaźmirek w świat, a Duch Święty posłoł za nim rózne ptoski i słowiki, styrnole, sikorki, makolągwy, skowronki, ćpoki, coby go wartowały.
A jak święty Kaźmirek wędrujący od miasta do miasta odpocywoł na pnioku, tak te styrnole, słowiki i scygły furkały nad nim i jak ta umiały, tak ta śpiywały świętemu Kaźmirkowi ozmajte niespory.
A święty Kaźmirek wyjon potem ksiązke modlącom i cytoł im rózne nauki.
A tu sie makolągwa odzywo:
– Doprosom sie łaski świętego Kaźmierka, cemu to nom ptoskom nik ślubu nie daje?
A święty Kaźmirek uśmioł sie.
– Makolągwaś je – powiado – ale po prowdzie powiados. No to jo wom śluby dom. Kto kce z kim?
No i wyabrychterował ptoski porkami do kupy, krawatkom powiązoł, pobłogosławił i fertyg. A ptoski sie okrutnie radowały, ze juz som zyniate i juz teraz mogom tak bez grzychu.
A święty Kaźmirek uśmioł sie z takiego weselo, pobłogosławił wsyćkik do kupy razem i posed pomiędzy dobryk ludzi, coby ik naucać mądrości i scyńśliwości wiecny amen.


O ŚWIĘTY JADWIDZE I WOJSKU ŚPIĄCYM, A JAK SIE ZBUDZI, TO JUZ BEDZIE KONIEC ŚWIATA

Święta Jadwiga miała ojca u Madziarów królem na Węgrach. Jak juz jei było osiemnaście roków, powiado ji tata:
– Córko drogo – rzece – świątobliwoś je, ale tyś je z królewskiego rodu – nima co, muse cie wydać. Jo ci juz jednego ministra kawalira naraje, ze juz bedzie twój.
A święto Jadwiga zasie rzekła:
– Mój tata drogi – powiado – nie opowiadojcie mi o wydaniu, bo jo chłopa nie kce. Moja scyńśliwoś jes na innom mode, jo nie ozmyślom o dzieciach, ino o klaśtorze i pokucie lo Boga.
A ojciec powiado po madziarsku:
– Córko drogo, niech ci sie głupstwa głowy nie trzymajom. To ty kces, zeby sie na nos famielija skóńcyła? Cóz ty se, córko, uwazujes, ze ty se bedzies w klaśtorze siedzieć, a jo – nie dej Boze – jak na wojnie zgine, to co? Skąd jo tyk dzieciów nabiere, jak ty bedzies zakonicom?
A święta Jadwiga:
– Tata drogi – powiado – jak tata nogi wyciągnie i umrze, to jo se rady dom, wyjde z klaśtora i bede wojować.
No i tak było. Ten król Madziar zginoł na wojnie od Tatarów, a święto Jadwiga rzece:
– Teraz mój cas.
Wysła z klaśtora, wziena całom siłe ojcowom pod siebie:
– Teraz mie musicie słuchać!
Pomodliła sie, chyciła miec i wio na Tatarów. A óni uciekli, bo wiedzieli, ze ze świętom Jadwigom ni ma co. I juz miała ś nimi święty spokój.
A potem zaś sie trefiło niescyńście, bo śtyry państwa rzuciły sie na wojne ze świętom Jadwigom. Óna wyryktowała sie, ale sie juz nie dało, bo nieprzyjaciela była siła i na śtyry strony świata była wojna. Okropnie duzo norodu zgineło, ale sie nie dało. Nieprzyjaciel zabroł jedyn kawołek państwa, potem drugi kawołek, a jak juz hapsnoł trzeci kawołek, święto Jadwiga wziena pod siebie swoje zniscone wojsko i zawiedła je do lasa, do Tatrów wysokik i wielgik, co sie nazywo Babio Góra. Ale nieprzyjaciel kcioł do resty zniscyć polskie wojsko, obstąpił Babiom Góre i przystawio gwery do piersi polskiego wojska.
Święto Jadwiga widzi, ze juz źle, westchneła do Boga i Pon Bóg doł cud, otworzyła sie święto ziymia na Babi Górze i pokryła wojsko.
Zgłupioł nieprzyjaciel i okrutnie był zły, bo myśloł, ze jak juz pobił Poloków na wojnie na ziymi, to juz wygroł, a tu Poloki majom wojsko pod ziymiom.
Ale przydzie taki cas, ze noród zaś bedzie grzysyć okropnie, wtedy Pon Bóg zrobi sądny dzień. Bedzie wojna na śtyry strony świata, strasno wojna, wsyjścy bedom sie bić, ale nik nie do rady. Wtedy Babio Góra sie otworzy, wojsko święty Jadwigi wydzie i Polska wygro. A potem to moze być kóniec świata – amen.
A to, co wom powiadom, to nie godka, ale prowda zywo. Jeden pastyrz, co posoł bydełko pod Babiom Górom, sumintowoł sie, ze pod ziymiom słysno było, jak zaklęte wojoki śpiywali:

Jesce Polska nie zginęła i zginąć nie musi,
Jesce Niemiec Polokowi bydło posać musi.
Jesce Polska nie zginęła i zginąć nie musi,
Porwoło sie trzek Poloków na piętnastu Rusi.


O GENOWEFIE

Jedyn król mioł swojom zone, królowom Genowefe, w ciązy, ale jom musioł ostawić w burku, bo jechał na wojne. Zawołał swojego rządce i doł mu biydocke w opieke.
– Dejcie ta – powiado – dobry pozór na mojom, a późni na moje dzieciątko, a jo wom to wsyćko wynagrodze.
Potem sie pozegnoł z królowom i pojechoł. A rządca se myśli:
– Dobre, teroz jo bede król.
Wzion całe gospodarstwo pod siebie, a na noc przysed do królowy i pcho sie pod pierzyne. Ale go królowa kopła, bo chciała zyć po Bozemu i nie spała z nikim.
A król wojowoł na wojnie i wojował, a potem zrobił se fraj, urlaub i napisoł list do królowy.
,,Pozdrawiam cie bez rózowe kwiecie, boś ty mi nojmilso na caluśkim świecie...”.
Piykny ji list napisoł, ale cóz? Óna tego listu nie dostała, bo miglanc rządca sowoł tyn list za pazuche i królowy nie doł.
A królowo tropi sie i tropi:
– O raneście świata, cymuz ón nie pise?
A ón pisoł, tylko óna nie dostawała. Napisała list do króla.
„Na wysokim burku słonecko zachodzi, a jo sie dowiaduje, jak wom sie powodzi”.
Ładnie mu napisała, ale z tego zaś nic nie było, bo tyn rządca łaps tyn list, powiedzioł, ze go posłoł, ale ón scyganił, bo go nie posłoł.
Powiado tyn król:
– Choroba jedna, cheba sie poczta spoliła, abo poćciorz umar! Jo muse wiedzieć, co tam nowego w moim burku!
Napisoł list do rządce, a rządca mu odpisoł:
„Najjaśniejszy pan, nie jes dobrze, bo zona twoja chyciła sie insego!”
Tak mu napisoł. Ale król temu nie wierzył, tylko Boga prosił, coby sie ta wojna skóńcyła, a jak przyjedzie, to sie dowi, cy to prowda.
A tyn rządca posed do królowy na buntacyje.
– Nojjaśniejso pani, niedobrze jes!
– Bez co niedobrze?
– No bo królowi – powiado tyn miglanc – ktosik napisoł, ze nojjaśniejso pani chyciła się innego.
– O Jezus, Maryjo – powiado ta królowa – cóz ón tez o mnie teraz pomyśli?
– Ano nic – pado tyn rządca – ino nojjaśniejsy pon napisoł, ze upodlonego zwiyrzęcia nie kce na swoim burku.
Ale królowa temu nie wierzyła, ino modliła sie do Boga, coby sie to wsyćko skończyło. Aze przysed tyn cas, ze porodziła piyknego chłopoka.
A rządca zaroz napisał do króla, ze królowa porodziła psa.
Scyńśliwym trefunkiem król zaś temu nie uwierzył.
– Co sie urodziło, to sie urodziło – powiado – jak przyjade, to sie przekonom, cy to prawda, cy bojki.
Taki dobry był tyn król. Ale mu sie trefiło niescyńście, bo ostoł ranny na wojnie i posed do śpitola. Napisoł z tego śpitola list do rządcy: jak wyzdrowieje, to zaroz przyjedzie do burku, bo sie wojna juz kóńcy.
Przeląk sie rządca:
– O Jezus, Maryjo, jak przyjedzie król, to juz bedzie po mnie. Trzeba zrobić porządek z królowom.
No i napisoł list, w rzecy ze list od króla i posed do królowy.
– Nojjaśniejso pani, niedobro nowina! Napisoł król, ze upodlonego zwiyrzęcia nie kce na burku, kozoł zamordować nojjaśniejsom paniom, wydłubać ji ocy i posłać mu, coby wiedzioł, ze jes zamordowano.
Ale królowa nie przelękła sie tego morderstwa.
Co mo być – powiado – to niek bedzie, jak król przykozoł, tak musicie zrobić.
Tak rządca wybroł dwók sługów co nojgorsyk draniów.
– Zabiercie – powiado – królowom do lasa i zgładzicie jom, a tego małego synka tez, a potem ji wydłubiecie ocy, owiniecie w liście bukowe i przyniesiecie mi, a jak nie, to wos dom do kreminołu na rok i seś niedziel.
Oni zabrali królowom z dzieckiem, zaciągli do lasa i wyjmujom noze, coby ji poderznąć gardło, a królowa obłapio ik za nogi.
– Moi kochani, darujcie mi zycie, cos wam to bite dziecko winne, zmiłujcie sie nade mnom! Skrusyło sie serce tym sługom, zol im sie zrobiło biydny królowy, pochowali noze, ale dropiom sie po głowie:
– To sie tak dobrze godo pani królowej! A jak pani nie zabijemy, to oców wydłubanyk nie przyniesiemy, na jarmarku nie kupimy, w kreminole siedzieć nie kcemy.
– Nie opowiadajcie mi takik rzecy – pado królowa – mocie tu psa, mozecie go zabić i wydłubać ocy.
– Rychtyg – powiadajom.
Zabili psa, wydłubali oczy i zanieśli. A królowa znalazła jaskinie w lesie i przytuliła sie ta ze swoim synkiem. Byłaby ta umarła z głodu, ale Matka Bosko Pociesycielka posłała ji łanie i od tyk cos biyda im nie była. Zywili sie grzybami, jagodami, miodem, a łania była im za służącą, bo im wsyćko przynosiła i jesce im mlika dawała.
A tu się wojna skóńcyła i król wracoł sie do burku. Rządca przeląk sie, co teroz ś nim bedzie, posed do skryty piwnice i obiesił sie na hoku. Przyjechoł król, pyto sie, kandy królowa? Słudzy powiadajom, ze ją rządca kozoł zamordować. Król sie okropnie ozgniywoł, pyta sie, gdzie rządca, sukajom, ni ma, przepod. Tak tyn król zył bardzo smutno, ani sie jedzynio nie chytoł, ani miejsca ni mioł spokojnego.
Tak razu pewnego pojechoł ze swym wojskiem na polowanie do tego lasa, gdzie miała jaskinie ta królowa. Jedzie tam, a tu widzi, pasie sie łania. Chycił za strzelbe, cyluje, cyluje do ni, a tu wyleciała królowa z jaskinie i woło:
– Męzu mój, co robis, nie zabijaj łani, bo óna zywi dziecko twoje.
Król zgłupioł, jak to usłysoł.
– O raneści świata, cóz óna godo? Moje dziecko łania karmi? A ta baba, to moja zona? Przecie to wsyćko pozabijane!
Ale królowo powiado:
– Nie dziwuj sie, męzu mój, ze jo zyje, bo rządca kozoł mie zamordować, ale jo nie posłam na zagładę, bo słudzy zlitowali sie nade mną, zabili psa, wydłubali mu ocy, rządcy posłali, a jo zyłam w jaskini z łaniom, jo jes twoja zona, a to twój syn.
– Rany boście – powiado tyn król – kobito, cymu ześ mi ty tego nie napisała?
– Jo pisała – powiado królowa – inoś ty mi nie odpisywoł.
Teroz dopiyro poznoł król, ze to jego zona i jego syn. Posłoł od razu do burku swoik lokajów, coby przywieźli lo królowy co nojpiykniejse odzienie. Potem wrócili sie na zamek, synka zabrali i łanie tez. Ale tyn król ni móg wytrzymać ze złości na tego rządce, co mu tela niescyńścia narobił.
– Jo mu dom – powiado – jak go tylko nojde!
Sukoł go wsędy i w ostatni piwnicy go naloz, ale juz downo obiesonego. Choć sie ta w proch ozlatowoł, kazoł go król na progu połozyć i miecem go na drobne kawołki poremboł, zeby śladu nie było z tego drania.
Ale królowy niedługo juz było dobrego życio z królem, bo biydocka zachorowała na płuca i umarła. Król okropnie płakoł, jak jom chowoł w grobie, a łania przysła na smętorz, połozyła sie na grobie i zdechła. I tak się skóńcyło.