Zaloguj się
Cytuj

"Dokument testowy - dopiski"

Źródło: tei.nplp.pl
Cytowany dokument: Dokument testowy - dopiski
Data aktualizacji: 25 październik, 2022
Lwów, 1 XII 1942 [właśc. 1 I 1943]
Droga, kochana, niezrównana, najlepsza nasza,
na miłość boską, co znaczy tych 200 zł! Czy napisałam coś obrzydliwie skamlącego, litującego się nad sobą?! Nigdy, nigdy nie wolno tego robić, chyba że napiszę dosłownie. Z listów nic proszę nie wnioskować. Pluję na siebie i na swoje listy. Moja mała, biedna Maria, chora, słaba, od ust sobie odejmuje i posyła dwóm leniom spasłym, ohydnym egoistom. Nie wolno, nie można. Za serce, za przyjaźń dziękujemy ze łzami. Nie odsyłam pieniędzy, bo to teatralne, ale paczki: 1) 50 dkg masła 2) 80 dkg czysto wieprzowej wiejskiej kiełbasy 3) 1 kg cukru. Ręce Twoje całujemy, przepraszamy, dziękujemy zająkani, przerażeni.
Byliśmy tydzień w Tarnopolu u mojej przyjaciółki, ślicznej Ormianki i jej przyjaciółki, w kt[órej] się prawie od razu zakochałam. Jest to lekarka, lat 42, wygląda na 55, schorowana, zapracowana. Wojna rzuciła ją aż z Torunia do Tarnopola. Ma humor, energię, fantazję życiową, odwagę i dobroć za stu ludzi. Obie te panie posłały po nas auto, podawały śniadanie do łóżka, karmiły, poiły, psuły, jak już chyba od dziecinnych lat nikt nie psuł. Wróciliśmy utuczeni, opici, wykolędowani, obdarzeni, wyściskani. Dary tych naszych przyjaciółek przesyłamy na Twoje ręce o kochana, najlepsza.
W ostatnim miesiącu trafiły mi się dwa interesy, które wróciły rumieńce moim finansom. Zresztą nasz dom jest teraz w znacznym stopniu domem przechodnim, a posiłki są piknikami. Prawie się nie zdarza, by ktoś u nas nie spał i nie jadł. Jerzy twierdzi, że trwa u nas festyn w permanencji i dom nasz w niczym nie jest podobny do tego cichego domu, jakim był, gdy Was miał szczęście gościć.
Jerzemu palec się zagoił, ale jakiś wrzód brzydki zrobił się na nodze. Nie wiem, czy to z zarażenia, czy też z braku jakichś pokarmów, chociaż staram się wyżywiać go jak najlepiej – widocznie taka ci już moda wojenna.
Zmartwiliśmy się bardzo wiadomością, że szwagier Jerzego, b[ardzo] miły, zacny i pożyteczny człowiek został przeniesiony do sanatorium. Zostaje dwóch chłopaków i perspektywa biedy.
Nie rozumiem, dlaczego Pani nie dostała moich listów. Jeden dwustronicowy, drugi coś trzy. Może zbyt jestem gadatliwa? Lub listy zbyt ciężkie.
Od Stasi miesiąc temu (może 6 tygodni) miałam list mistyczny, niepodobny już do Niej, już trochę jak nie z tego świata. Przez cały czas w porównaniu z innymi miała się dobrze pod każdym względem. Pani Barbara poświęciła się jej tak, jak się poświęca człowiek Bogu, wstępując do klasztoru. Stasia otrzymywała obiady, papierosy, zaś gdy zabrakło jej papierosów, zamieniła swoje futro fokowe za 600 machorkowych! Tak że musiano jej kupić i dostarczyć nowy płaszcz na zimę. Przez cały czas siedziała nie na ż., ale na p.. Przystąpiła do spowiedzi i do komunii św. Przeżywała kryzys religijny, który pozwolił jej przejść przez wszystko jak w narkozie. Adwokat, z kt[órym] rozmawiałam, podziwiał jej spryt, odwagę, zdolność i szczęście. Twierdził, że w najgorszej sytuacji potrafi dać sobie radę. Nie śmiem temu wierzyć, ale i mogę uwierzyć, że jej już naprawdę nigdy nie będzie.
Boję się tego roku, kt[óry] nadchodzi. Rzeczy wyglądają na horyzoncie tak b[ardzo] niejasno i ten sam lęk przed tym samem obliczem zła z 1939 r., a może tylko nie mamy odwagi się spodziewać.
Droga, najlepsza pani Mario, raz jeszcze z ręką na sercu dziękujemy, prosimy o zachowanie przyjaźni dla nas, aż do kresu życia, bo zbyt ciężko byłoby się pogodzić żyć bez niej.
Droga moja, dobranoc, jest jak w powieści romantycznej północ.
Anna
[na odwrocie strony list od Jerzego Kowalskiego:]
Łaskawa i droga Pani Mario, wróciliśmy dwa dni temu, teraz zaledwie mam sposobność przesłać Pani i Panu Stanisławowi najlepsze życzenia noworoczne. Jest to zły rok, który idzie, niech byśmy go przeżyli. Bardzo bym pragnął, aby zdrowie Pani wróciło do dawnej doskonałości. Niezmiernie nam tu brak Pani śród tych naszych tutaj ludzi, z których każdy ma zaledwie jakąś cząstkę życia w sobie, coś niemrawego: porcję nędzarza, kiedy Pani tak nam tu szumiała życiem. Obyż się to Pani odzyskało w pełni! Najlepsze ukłony i uściski pełne szacunku dla Pani i Pana Stanisława prawdziwie oddany Jerzy Kowalski
Lwów, 1 XII 1942 [właśc. 1 I 1943]
Droga, kochana, niezrównana, najlepsza nasza,
na miłość boską, co znaczy tych 200 zł! Czy napisałam coś obrzydliwie skamlącego, litującego się nad sobą?! Nigdy, nigdy nie wolno tego robić, chyba że napiszę dosłownie. Z listów nic proszę nie wnioskować. Pluję na siebie i na swoje listy. Moja mała, biedna Maria, chora, słaba, od ust sobie odejmuje i posyła dwóm leniom spasłym, ohydnym egoistom. Nie wolno, nie można. Za serce, za przyjaźń dziękujemy ze łzami. Nie odsyłam pieniędzy, bo to teatralne, ale paczki: 1) 50 dkg masła 2) 80 dkg czysto wieprzowej wiejskiej kiełbasy 3) 1 kg cukru. Ręce Twoje całujemy, przepraszamy, dziękujemy zająkani, przerażeni.
Byliśmy tydzień w Tarnopolu u mojej przyjaciółki, ślicznej Ormianki i jej przyjaciółki, w kt[órej] się prawie od razu zakochałam. Jest to lekarka, lat 42, wygląda na 55, schorowana, zapracowana. Wojna rzuciła ją aż z Torunia do Tarnopola. Ma humor, energię, fantazję życiową, odwagę i dobroć za stu ludzi. Obie te panie posłały po nas auto, podawały śniadanie do łóżka, karmiły, poiły, psuły, jak już chyba od dziecinnych lat nikt nie psuł. Wróciliśmy utuczeni, opici, wykolędowani, obdarzeni, wyściskani. Dary tych naszych przyjaciółek przesyłamy na Twoje ręce o kochana, najlepsza.
W ostatnim miesiącu trafiły mi się dwa interesy, które wróciły rumieńce moim finansom. Zresztą nasz dom jest teraz w znacznym stopniu domem przechodnim, a posiłki są piknikami. Prawie się nie zdarza, by ktoś u nas nie spał i nie jadł. Jerzy twierdzi, że trwa u nas festyn w permanencji i dom nasz w niczym nie jest podobny do tego cichego domu, jakim był, gdy Was miał szczęście gościć.
Jerzemu palec się zagoił, ale jakiś wrzód brzydki zrobił się na nodze. Nie wiem, czy to z zarażenia, czy też z braku jakichś pokarmów, chociaż staram się wyżywiać go jak najlepiej – widocznie taka ci już moda wojenna.
Zmartwiliśmy się bardzo wiadomością, że szwagier Jerzego, b[ardzo] miły, zacny i pożyteczny człowiek został przeniesiony do sanatorium. Zostaje dwóch chłopaków i perspektywa biedy.
Nie rozumiem, dlaczego Pani nie dostała moich listów. Jeden dwustronicowy, drugi coś trzy. Może zbyt jestem gadatliwa? Lub listy zbyt ciężkie.
Od Stasi miesiąc temu (może 6 tygodni) miałam list mistyczny, niepodobny już do Niej, już trochę jak nie z tego świata. Przez cały czas w porównaniu z innymi miała się dobrze pod każdym względem. Pani Barbara poświęciła się jej tak, jak się poświęca człowiek Bogu, wstępując do klasztoru. Stasia otrzymywała obiady, papierosy, zaś gdy zabrakło jej papierosów, zamieniła swoje futro fokowe za 600 machorkowych! Tak że musiano jej kupić i dostarczyć nowy płaszcz na zimę. Przez cały czas siedziała nie na ż., ale na p.. Przystąpiła do spowiedzi i do komunii św. Przeżywała kryzys religijny, który pozwolił jej przejść przez wszystko jak w narkozie. Adwokat, z kt[órym] rozmawiałam, podziwiał jej spryt, odwagę, zdolność i szczęście. Twierdził, że w najgorszej sytuacji potrafi dać sobie radę. Nie śmiem temu wierzyć, ale i mogę uwierzyć, że jej już naprawdę nigdy nie będzie.
Boję się tego roku, kt[óry] nadchodzi. Rzeczy wyglądają na horyzoncie tak b[ardzo] niejasno i ten sam lęk przed tym samem obliczem zła z 1939 r., a może tylko nie mamy odwagi się spodziewać.
Droga, najlepsza pani Mario, raz jeszcze z ręką na sercu dziękujemy, prosimy o zachowanie przyjaźni dla nas, aż do kresu życia, bo zbyt ciężko byłoby się pogodzić żyć bez niej.
Droga moja, dobranoc, jest jak w powieści romantycznej północ.
Anna
[na odwrocie strony list od Jerzego Kowalskiego:]

Łaskawa i droga Pani Mario, wróciliśmy dwa dni temu, teraz zaledwie mam sposobność przesłać Pani i Panu Stanisławowi najlepsze życzenia noworoczne. Jest to zły rok, który idzie, niech byśmy go przeżyli. Bardzo bym pragnął, aby zdrowie Pani wróciło do dawnej doskonałości. Niezmiernie nam tu brak Pani śród tych naszych tutaj ludzi, z których każdy ma zaledwie jakąś cząstkę życia w sobie, coś niemrawego: porcję nędzarza, kiedy Pani tak nam tu szumiała życiem. Obyż się to Pani odzyskało w pełni! Najlepsze ukłony i uściski pełne szacunku dla Pani i Pana Stanisława prawdziwie oddany Jerzy Kowalski
Lwów, 1 XII 1942 [właśc. 1 I 1943]
Droga, kochana, niezrównana, najlepsza nasza,
na miłość boską, co znaczy tych 200 zł! Czy napisałam coś obrzydliwie skamlącego, litującego się nad sobą?! Nigdy, nigdy nie wolno tego robić, chyba że napiszę dosłownie. Z listów nic proszę nie wnioskować. Pluję na siebie i na swoje listy. Moja mała, biedna Maria, chora, słaba, od ust sobie odejmuje i posyła dwóm leniom spasłym, ohydnym egoistom. Nie wolno, nie można. Za serce, za przyjaźń dziękujemy ze łzami. Nie odsyłam pieniędzy, bo to teatralne, ale paczki: 1) 50 dkg masła 2) 80 dkg czysto wieprzowej wiejskiej kiełbasy 3) 1 kg cukru. Ręce Twoje całujemy, przepraszamy, dziękujemy zająkani, przerażeni.
Byliśmy tydzień w Tarnopolu u mojej przyjaciółki, ślicznej Ormianki i jej przyjaciółki, w kt[órej] się prawie od razu zakochałam. Jest to lekarka, lat 42, wygląda na 55, schorowana, zapracowana. Wojna rzuciła ją aż z Torunia do Tarnopola. Ma humor, energię, fantazję życiową, odwagę i dobroć za stu ludzi. Obie te panie posłały po nas auto, podawały śniadanie do łóżka, karmiły, poiły, psuły, jak już chyba od dziecinnych lat nikt nie psuł. Wróciliśmy utuczeni, opici, wykolędowani, obdarzeni, wyściskani. Dary tych naszych przyjaciółek przesyłamy na Twoje ręce o kochana, najlepsza.
W ostatnim miesiącu trafiły mi się dwa interesy, które wróciły rumieńce moim finansom. Zresztą nasz dom jest teraz w znacznym stopniu domem przechodnim, a posiłki są piknikami. Prawie się nie zdarza, by ktoś u nas nie spał i nie jadł. Jerzy twierdzi, że trwa u nas festyn w permanencji i dom nasz w niczym nie jest podobny do tego cichego domu, jakim był, gdy Was miał szczęście gościć.
Jerzemu palec się zagoił, ale jakiś wrzód brzydki zrobił się na nodze. Nie wiem, czy to z zarażenia, czy też z braku jakichś pokarmów, chociaż staram się wyżywiać go jak najlepiej – widocznie taka ci już moda wojenna.
Zmartwiliśmy się bardzo wiadomością, że szwagier Jerzego, b[ardzo] miły, zacny i pożyteczny człowiek został przeniesiony do sanatorium. Zostaje dwóch chłopaków i perspektywa biedy.
Nie rozumiem, dlaczego Pani nie dostała moich listów. Jeden dwustronicowy, drugi coś trzy. Może zbyt jestem gadatliwa? Lub listy zbyt ciężkie.
Od Stasi miesiąc temu (może 6 tygodni) miałam list mistyczny, niepodobny już do Niej, już trochę jak nie z tego świata. Przez cały czas w porównaniu z innymi miała się dobrze pod każdym względem. Pani Barbara poświęciła się jej tak, jak się poświęca człowiek Bogu, wstępując do klasztoru. Stasia otrzymywała obiady, papierosy, zaś gdy zabrakło jej papierosów, zamieniła swoje futro fokowe za 600 machorkowych! Tak że musiano jej kupić i dostarczyć nowy płaszcz na zimę. Przez cały czas siedziała nie na ż., ale na p.. Przystąpiła do spowiedzi i do komunii św. Przeżywała kryzys religijny, który pozwolił jej przejść przez wszystko jak w narkozie. Adwokat, z kt[órym] rozmawiałam, podziwiał jej spryt, odwagę, zdolność i szczęście. Twierdził, że w najgorszej sytuacji potrafi dać sobie radę. Nie śmiem temu wierzyć, ale i mogę uwierzyć, że jej już naprawdę nigdy nie będzie.
Boję się tego roku, kt[óry] nadchodzi. Rzeczy wyglądają na horyzoncie tak b[ardzo] niejasno i ten sam lęk przed tym samem obliczem zła z 1939 r., a może tylko nie mamy odwagi się spodziewać.
Droga, najlepsza pani Mario, raz jeszcze z ręką na sercu dziękujemy, prosimy o zachowanie przyjaźni dla nas, aż do kresu życia, bo zbyt ciężko byłoby się pogodzić żyć bez niej.
Droga moja, dobranoc, jest jak w powieści romantycznej północ.
Anna
[na odwrocie strony list od Jerzego Kowalskiego:]

Łaskawa i droga Pani Mario,
wróciliśmy dwa dni temu, teraz zaledwie mam sposobność przesłać Pani i Panu Stanisławowi najlepsze życzenia noworoczne. Jest to zły rok, który idzie, niech byśmy go przeżyli.
Bardzo bym pragnął, aby zdrowie Pani wróciło do dawnej doskonałości. Niezmiernie nam tu brak Pani śród tych naszych tutaj ludzi, z których każdy ma zaledwie jakąś cząstkę życia w sobie, coś niemrawego: porcję nędzarza, kiedy Pani tak nam tu szumiała życiem. Obyż się to Pani odzyskało w pełni!
Najlepsze ukłony i uściski pełne szacunku dla Pani i Pana Stanisława
prawdziwie oddany Jerzy Kowalski