[Brak kart początkowych A1 - B2] Jedzieszli też z szkutámi, zá tobą wołáią: Trátuj, trátuj, daj myto. Nie daszli, tárgáią. Daj wojskie, daj duchowne, wymyślone myta, Lepiej by się tám odrzec wozić do Prus żytá. Kiedy tego ucisku nászy nic nie dbáją, Po tym swoję utrátę po czásie poznáją. Przedawajże jáko chcesz Włoszku i Niemczyku, Wszák cię zá to urzędnik nie powiedzie w łyku. Przedawaj też, jáktorze, weneckie tkánice, Wywroć głupim ziemiánkom ich mieszki ná nice. Przedaj száfran mieszány á rzecz, iż moráwski, Wszák nie káżdy krolá zna, kupi pan Zoráwski. Przedaj drogo złotogłow, powiedz, iż dziś drogi, Wszák wiesz dobrze, iż go nikt nie kupi ubogi. Nie dawajcie też tanie aksámitu, Włoszy, Wszák was o to żadny pan z Polski nie wypłoszy. Gdyż niektorzy Polacy o to nic nie dbáją, Jáko nadrożej mogą, niechaj przedawáją. Iż ledá stroj nadroższy, by jedno rzekł: włoski, By się też nań zástawić, kupi narod polski. Poki nászy Polacy tych Włochow nie ználi, Poty nieprzyjacielom dobrze odpieráli. Ale dziś wojewodzic, by się też zastáwić, Musimy się do tych Włoch, widzieć świat, wypráwić. Już się wrocił do domu, przywiodł dwa dziánety, Trzy tysiące czerwonych wypádło z kálety. Ali koń zwiesieł głowę, chocia dziánet włoski, Przetrwał go lichy rusak álbo wáłách polski. Przydzie się znowu ćwiczyć z nászymi kozaki, Bo nie zrowna ćwiczenie tu włoskie z Polaki. Narod to zniewieściáły, bo w mászkárách chodzi, Ku rycerskiej potrzebie nam się nie przygodzi. Pierwej ci tu tych Włochow nigdy nie bywáło, Fráncá, piżmo, sáłatá, z nimi to nástáło. Owy pludry opuchłe, szkárpety, mostárdy, Niedawno to tu przyniosł włoski narod hárdy. Pátrzże zásię doktorá, ják receptą szali, Zmowi się z aptekárzem, czárt pogánu gali. Ow złoty od uryny, ow zá senes listki, Biorą wielkie pieniądze, dádzą trochę drzystk. Turbit, drágant, aloes, mástyki, kanfory, Wyniszczą mieszki, skrzynie, dobędą komory. Zmowią się ná chorego doktor z aptekárzem, Káżdy swoj kuńst ukaże, áby był lekárzem. Doktor z swym urynałem, aptekarz z klisterą, Musi, rad nie rad umrzeć, przed tą ich mizerą. Bábá z wánną wyjedzie, chce też być lekárką, Syropy, ántydotá waży więtszą miárką. Przymawiájąc obiemá, iż bábámi stoją, Co im báby przyniosą, tym lud chory goją. Ale tej nászej pracej chytro używáją, Zamorskim ziele zową, ktore od nas máją. Pátrzcież, jákie utráty ná ubogie ludzi, Co żywo swemi kuńszty ich pieniądze łudzi. O kupiach. Rozdzielenie trzecie. Pojdzieszli też do owej pięknej sukiennice, Tám też prędko wywrocą twoj mieszek ná nice. Falendyszem przęzwáli włoskie sukno drogie, Aby chytrzej szaleli Polaki ubogie. Dla práłatow per cento drugie sukno zowie, Aby ták wyłudzáli pieniądze Włochowie. Náwozili kotnorow by mieszki obráżáć, Kupcie, mili Polacy, jest się w czym okazáć. A kupiwszy wyskubuj po pioreczku z bárwy, Poprzedamy ná ten stroj ony chude kárwy. I owce, bo niezdrowe, ná zimę przedamy, Wszak, chwáłá Bogu, inne bydło ná to mamy. Gdzie stámety podzieli, duplány, kołtrysze, Albo ony máchelskie, sterdomskie, bondysze. Wszystko to zodmieniáli, by drożej przedáli, A ná nas Niemczykowie złote wyłudzáli. Pieczęciámi nádstáwi mitel foder kieru, Nigdy polskie pieniądze nie będą mieć mieru, Jeśli się nie obaczą w tákowym szyderstwie, Ustáwy nie uczynią jáko w inszym księstwie. Bo najdzie w sukiennicach tákowego nokciá, Mierząc sukno wyciąga, zginą go dwá łokciá. Pojdzieszli też przez owy i tám, i sám krzyże, Ali, woła krámárká, kupcie pánie bryże. Mam też dupłe kitajkę, mam płotno rąbkowe, Albo czego wam trzebá, dajcie się w rozmowę. Mam też pytel do młyná, mam práwe gálery, Ktorych ináczej nie dam po czterzy tálery. Ale ja wam powiedam, słuchajcie mię dziatki, Ná wásze to pieniądze zástáwiono siatki. Chrońcie się tych białych głow, co nád węglim siedzą, Bo ná násze kálety piją, dobrze jedzą. O wy zaś smátrużánki, co wlázły wysoko, Jáko łupią ledá zacz widziwá ná oko. Zamsz przedáją skopowy, cośmy leszem zwáli, Zá trzy grosze tákową skorkę pierwej brali. A dzisia zá piętnaście tákowej nie pytaj, Jedno, jáko oná chce, zá mieszek się chwytaj. Skory z cielcow wypráwią, á rzeką: Jelenie. Nie dbáją, ták się nam zda, o duszne zbáwienie. Nuż zásię ony báby, co siedzą ná trecie, Jeśli z nimi tárgujesz, zábájąć kálecie. Bo nic máłpá nie robi, nád węglim się piecze, To się bábá czerwieni, dobrze się nie wściecze. Ostrzegam cię, nieboże, nie miej śnimi skłádu, Skoro cię wyrozumie, zádá-ć w miedzie jádu. Tákież i owy szwaczki, co nam szyją wzorki, Umieją też wyprożnić młodym ludziom worki. Żywi się, jáko może, gorzałką, niciámi, Czásem tym, czásem owym, jáko wiecie sámi. Solne, máślne, owiesne i śledziowe játki. Wszędzie pioro upuścisz, byś nabárziej głádki. I ty nędzne sienniczki, co siáno przedáją, Widzim jáko ná łáwce siáno roztrząsáją. Zwinie snopek by kądziel, we dwoję przepásze, Co żywo stawia sieci ná pieniądze wásze. O, wy nędzne pieniądze, toście w lichej cenie, Żadny was nie záchowa, ledá gdzie wyżenie. Miecą wámi, frymárczą ledá zacz, po tárgoch, Tułacie się po kąciech, po pániech, po smárdoch. Jákoż u nas niemieckie táláry nástáły, Tákże też wszystki rzeczy żywności zdrożáły. Nie bywáły tu pierwej tákie czásy głodne, Gdy stráwę kupowano zá pieniądze drobne. Podźmyż zásię do szynku jáki nierząd w mierze, Bez ustáwy, jáko chce, ták zá kwartę bierze. Jákom widział ná sejmie ná ten czás w Piotrkowie, Kwartę winá siedm groszy dawáli szynkowie. Kwartę winá siedm groszy dawáli szynkowie. Tákże i tu w Krákowie, idź do pániej Marty, Nie da jedno pięć groszy złego winá kwárty. Roztworz wino, száfárko, bo-ć sie włoczká rzuci, Im go więcej dolewasz, tym jest lepszej chuci. Pojdzieszli też Pod Wieniec gdzie, do pániej Haski, Zjesz wątrobkę cielęcą, przypłácisz máłmazki. Po sześci grosz kwartę sobie ustáwili, Ktorą pierwej w Menicy, po dwu groszu pili. Jeśli sie niżej udasz gdzie do pániej mátki, Ostrzegaj sie byś nie zbył brámowánej szátki. Gdzie sie kolwiek obrocisz, chcesz poczynáć hojnie, Pojdziesz z prożną kobiáłką, jákoby po wojnie. Ty wszystki miánowáne w Krákowie kobiety, Rozszyndują prostakom z pieniędzy kálety. A ták was upominam chudzi brácia mili, Abyście prostym trunkiem nigdy nie gárdzili. Wiele pożytkow miewa kto rad trzeźwi bywa, Ma nogi pogotowiu złego rázu zbywa. Lepiej miech groszem nádmiesz, niżli wiátrem dudy, Boć rády przypisuią szynkarki obłudy. Chrońcie sie z chorągiewką wieńcá zielonego, Prędko z ciebie uczyni błazná mierzionego. Panom to dopuszczono pijáć dla lekárstwá, Hipokrás, sálspárelę, á nie dla obżárstwá. Chudzinie sie zejdzie jedno proste piwo, Bo młyn wodá zábráłá, máłe mamy mliwo. O rzemieśnikách niezbożnych. Rozdzielenie czwarte. Báran Práwy mowi: Nuż zásie, co ja powiem około rzemiosłá, Niemáło tym pożytkow náuká przyniosłá. Ktorzy sie go uczyli i sztuki dziáłáją, Lepiej niż oracz ná wsi z niego używáją. Wiele jest tákich rzemiosł, ktore ludźmi szalą, Zwłaszczá, co ogniem robią, alchimiją palą. Pátrzaj jedno złotniká, ják sobie ugadza, Do grzywny srebrá miedzi trzy łoty przysádza. A wżdy rzecze, iż to jest págáment prawdziwy, Na tych máłych miásteczkách ich wárstát fałszywy. Gliwáksem srebro złoci, rozpuści kęs złotá, Chroni oczu od rtęci, ważna to robotá. Pomścim sie nád złotem, szkodliwego dymu, Wszák nie trzebá po odpust słáć o to do Rzymu. Nátka wosku w pierścionki, purysu w łáncuszki, Wczás to ná ty postáwne násze pánie duszki. O wagę sie nie stáraj, odda wszystko cáło, Wżdy sie przedsie okruszkow nam nieco dostáło. Bogá sie o to żadny złotniczek nie boi, Kiedy pięknie sláchciankę w łáncuszki przystroi. Szynkowne te rzemiosłá máją obyczáje, Jáko w cechu ustawią, ták káżdy przedáje. Pojdzieszli do rymárzá, drogie uzdy, torki, Dziesięć złotych wyrobi, z jednej krowiej skorki. Mowią: „Pánowie sláchto, strawiłem w Burkacie, Nagrodzcie mi to zásie, dobrą zbroję macie”. Drugi rzecze: „Kupiłem poście wielką szczukę, Gdym swoiego rzemiosłá okázował sztukę”. Trzeci rzecze: „Ścinałem świec poście trzydzieści, Kosztuje mię to wiele, blisko zlotych sześci. Ktoż to nam ma nágrodzić? Nikt, jedno ziemiánie, Smowmy sie jednostájnie, zszedwszy sie w cech, ná nie. Nie wádzi-ć ich nam podskuść, poprzedalić broszki, Zbrojá dwádzieściá złotych, ná koń rząd bez troszki. Szle, puszliszká, nagłowki, cugle, ták przedáwáć, Jákośmy ustáwili, ináczej nie dáwáć. Pojdzieszli do kusznierzá, dáwáć podszyć szubkę, Musisz dziesięć złotych dáć, ledwo skryje dupkę. A jestli też twojemi liszkámi podszyje, Lepiej cie on podgoli, niżli bárwierz zmyje. Jeśli też popielicze kupisz u nich futro Oglądajże ie potym, odmieni sie jutro. Natrze kretą wiewiorkę, rzecze: „popielicá”, Kupi jáka niewiástá, uboga nędznicá. Nie trzebá jej blejwáysu, dosyć go w kożuchu, Biáła będzie ná licu, biáła i po brzuchu. Ale owy czapniczki, fortel też swoj wiedzą, Według losu porządkiem, w swych kramnicách siedzą. Konew piwá z imbierem pod sobą piástując, Popiją sie kobiety, społu sie czestując. Záchwyciłá powietrza, odmieniłá mowę, Zátacza sie po domu, nárzeka ná głowę. Páni czapkę przepiłá, á z niego sie śmieje. Powie, iż ją ukrádli, cisnęcy sie drabi, Rzecze mąż: „Często wżdy ten drabik czapki szwabi”. Kráwcy nie są szynkowni, jáko i murárze, Przeto im przekażáją w robotách szturárze, Chocia mistrz, máca, szuka, gdzieby wyrznąć płátek, A wżdy od száty weźmie, jáki on chce datek. Niedawno sie wyuczył, już dom, ogrod kupił, A wżdy zajźrzy sturárzom, by sam ludzi łupił. Ale mu zá złe nie miej, boć robił u dworu, Przeto trzeźwiem nie bywa, tylko do nieszporu, Jutro obiecał uszyć żupan, száráwáry, Licz pieniądze od száty, pátrz pilno przez spáry. Jeśli spełná włożono ony drugie cwykle, Mow ty co chcesz drugiemu, z płacia sie wywikle. Pojdzieszli też do szewcá, chciejże kupić boty, Ktore pirwej bierano tylko zá dwá skoty. Dziś nie dadzą ináczej, jedno zá pułkopek, Jákoż sie ma dobrze mieć nász ubogi chłopek, Musisz dobrze zápłácić i ono kopyto, Ktore czwieczki popsował, gdy twe boty szyto. Zápłáć też kołácyją bo wiele przepili, [brak początku - w druku brak kart E2 - E4] A drugie zá Grecyją, tám zá wielkie morze, Bo násze dobrá biorą i dziatki w pokorze. Jeśli zbędziem poćciwie, tych niewdzięcznych gości, Przydziem zásie ku onej, pirwszej swej wolności. Jákąśmy w on czás mieli, gdy twoj syn krolował, Ktory mnie i me syny ják własne miłował. Mieli nászy synowie, w on czás święte czásy, Gdy moje wino pili, po pieniądze Mássy. Były chleby i konie, woły, srebrne rudy, Poki tu nie bywáły Tureckie obłudy. Złota rudá bywáłá po dwudziestu groszy, Już to wszystko moj pásierb niewdzięczny rozpłoszy. Ták tobie wiele tego, jáko mnie potrzebá, Głosy nászych z niewolej wołáją do niebá. Ziemiá Polska mowi. Panu Bogu się poleć, ma miła siestrzyczko, Ten wie jáko spráwuje, swe stworzenie wszystko Jeślić ten nie pomoże, prożna w kim nádźiejá, Trudno się domowego, masz ustrzedz złodźiejá. Który się wielką mocą, wkopał w twoje góry, Twój dobytek splundrował, y obłupił z skóry. Skárby, zboża i grunty, wywrócił ná nice, Pobrał miástá i zamki, posmrodził winnice. Pan Bóg ná nas posyła przez nie swój bicz srogi, Przeto wszyscy cirpimy, rozmáite trwogi. Miej ná ten czás cirpliwość, gdzie możesz ulegaj, Tylko wżdy Bożej chwały z pilnością przestrzegaj. Wszystko to co u ciebie, u mnie się też dzieje, Mojá Rzeczpospolita tám i sam się chwieje. Niestworność swoich z sobą, niesporo obronie, Gdzie co jedno poczniemy, wszystko w łeb Koronie. Wiedz ma miła siestrzyce, mam z sobą co czynić, Myślę iáko z pośrodká nieprzyjaciół wynić. Ze wszech stron nieprzyjaciel podniósł ná mię zbroię, Chciałby mię krwią pomázáć, depcąc źiemię moję. Moskwá zá uchem trąbi, Tatárzyn w piszczałkę, Noszę nieprzyjaćelską ná sobie suwałkę. Wołoszyn pod pokrywką, wiele złości płodzi, Moskwę, Turki, Tátáry, ná mój grunt przywodźi. Szwedowie z Moskwicinem, stoją w iednym buncie, Dobrze to baczy Duńczyk, zámknął wrotá w Zuncie. Pátrzy ná moje syny, co będą poczynáć, Kto z nich będzie mocniejszy, z tym on będzie trzymać. Mistrz Wolfgáng do Pruskiego dybie też klasztorá, Mam zá to, że tá drogá nie będzie mu spora. Tákież do spiskiej źiemie chcą otworzyć wrotá, Nie jedná też tu ná mię, przychodźi tá psotá. Wiele jest innych przyczyn, przecz pomóc nie mogę, Bo też ná swoim gruncie, muszę mieć przestrogę. Koroná Węgierska mówi: Jeszcze pójdę do ziemie sąsiednej Wołoskiej, Która jest w przyległości ze mną ziemi Polskiej W przygodzie przyjacielá narychlej poznamy, Gdy go w swoich potrzebách zá czásu uznamy. Ku Ziemi Wołoskiej. Ach má miła sąsiádo, wejźrzysz ná mię jásno, Mnie dziś od nieprzyjaciół ze wszystkich stron ciásno. Rátujże mię w przygodzie, ják miła sąsiádá, Ja też ciebie rátuję záwżdy bárzo rádá. Bo Turcy ledá kiedy ná mię się wyráżą, Ostátki moich włości, do końcá pokáżą Jeśli k temu z Tátáry znowu się poruszy, Pewnie już tá pokusá mnie z syny zágłuszy. Wołoská Ziemia mówi X syllab Miła siostro nie śmiejże się ze mnie. Zaż nie widzisz, co się dzieje we mnie? Wielki smutek, żáłość w mojej głowie, Pobráli mi dziatki Tátárowie. Córki, syny, skárby i dobytek, Zápędzono już do Turek wszytek. Których Turcy z sobą nie pobráli, Ty Polacy u siebie ścináli. Jeszcze ná nas wkłádáją tę winę, Abych ná nie posłáłá trucinę. I Tátáry ná mię podwodziłá, Tymżem się im snadź dziś oprzykrzyłá. Wiele ja mam w sobie tej truciny, Chociam z siebie nie dáłá przyczyny. Bo nas Turcy bárzo zniewolili, Bez ich wolej nikt się nie wychyli. Máchmet Bászá nam się pánem zjáwił, Besermáná ná mój grunt ustáwił. A to wszystko prze moich niezgody, Stráciliśmy grunt dobrej urody. Ná pásierby przyszły dzieci moje, Możeszli ty, opátrz lepiej swoje. Ach niestocie ná ty Krześcijány, Iż wolą być z niecnymi pogány. Niżli z sobą w Krześcijáńskiej zgodzie, Prze niestworność przychodzim k tej szkodzie. Iż nam Turcy w srogości pánują, Co rok to nászych krám ujmują. Co chcą ná nas przewodzą uporą, Dziatki násze w dziesięcinie biorą. Żony, córki sobą nie władáją, Wszystko, co chcą po swej woli máją. Którzyby nas słusznie mieli bronić, Ci się nie chcą ku temu przykłonić. Abyśmy się z niewolej wybili, W Krześcijáńskiej zgodzie społu żyli. Wolą zwierzchni wálczyć z sobą sámi, Niżli ciągnąć ná pogány z námi. Snádnie by im to zá cudzą ściáną, Zá pomocą czynić od nás dáną. Święty Duchu nátchni zwierzchne pány, A daj zgodę miedzy Krześcijány. Aby się wżdy kiedy upámiętáli, A pogánom społu odpieráli. Węgierska ku Polskiej mówi. Prozno tedy mam szukáć, u swoich pomocy, Gdy je też ze wszech stron, oblegli ci smocy? Bo już świátem władáją i ziemią, i wodą, Gdzie co z nimi poczniemy, wszędzie z nászą szkodą. Wiedzą też Krześcijáńskie násze obyczáje, Iż káżdy ná wczesności domowej przestáje. Nie chcą nędze przycierpieć, brzuchá swego schudzić, Prożno leżąc na miejscu, wolą swój czas zmudzić. By się też jáko oni, tej spráwy chwycili, Jeszczeby swojej rzeczy nieźle popráwili. Nie párać się rzeczámi, jedno rycerskimi, Poprzestawszy walek, wieść z Krześcijány swymi. W lud się dobrze opátrzyć, ćwiczyć y siodłaki, Lácno z tákich poczynić draby i kozáki. Ale prożno głuchemu co dobrego rádzić, Gdy nie chce uchá swego, do mych ust przysádzić. Już i tám i sam mácam, ná szpiegi nákłádam, Ktoby mie dziś rátował, swoją dobrą rádą. Aczbych szłá ku pułnocy, gdzie kráiná Pruska, Ale i tá pospołu, ze mną często truska. Często się Herczykowie, o tę ziemię kuszą, Czásem Szwabow odbieżą, pieszki się precz kłuszą. Jeszczebych szłá do Litwy, jeśli twojá rádá, Wszák jest w lud dobrze można, tá násza sąsiádá. Aby mię rátowáłá dziś w mojej potrzebie, Przyczyń się o to siostro, proszę ja dziś ciebie. Polská mówi: Trudno tobie ma pomoc, tá mojá siestrzycá, Gdyż też miedzy syny jej, nie máła rożnicá Samá sobą nie władnie, máło coś rolniki, I to z nich podziáłáli, práwie niewolniki. Nie jednego narodu ma obywátele, Ja wszystki wychowáłá, mogę to rzec śmiele. Był ten lud jáko bydło, gdy pogáni byli, Potym moi synowie, z królem je pokrzcili. Ma Ruś, Moskwę, Pruszaki, Mázury, Tátáry, Przeto rodzaj záginął, ten litewski stáry. Pomieszáły się w rodzie, tej ziemie synowie, Przeto u nich rozumy, rozmáite w głowie. Rozdwojonej są myśli, stąd poddáni stráchom, Jedni Moskwi przychylni, drudzy nászym Láchom. Pirwej Moskwá pirzcháłá, przed Litwą, Polaki, Teraz Moskwá strwożył Litwę nieboraki. Májąc wszego dostátek prochow, arkábuzow, A wżdy się tych nikczemnych boją gáłáguzow. Powikłáłá im głowy przeciwna unija, Bárziej jeszcze strwożyłá, tá egzekucyjá. Rożne votá ná sejmiech posłom podawáją, Co im szkodzi tego się nawięcej chwytáją. Rádziby z záłożonej themy jáko wyszli, Aby zásię ku pirwszej swej wolności przyszli. Lekce u siebie ważą tę nászą Koronę, Z której záwżdy mogą mieć zupełną obronę. Często moi synowie tych sąsiádów bronią, A wżdy oni przed nimi, z niechuci swej stronią. Pozno by żáłowáli swojej uporności, Jeśliby chcieli bronić sąsiedzkiej jedności. Węgierska Ziemiá mówi. Cóż ja mam dálej czynić, Pánie Boże miły? Już mię wszystki w sąsiedztwie siostry opuściły. Niebo, Ziemiá, Plánety przeciw mnie powstáły, Żadnej mi w mej potrzebie pociechy nie dáły. A to wszystko dla moich synów záchowánie, Stáło się to náde mną Boskie rozgniewánie. Prze ich wielkie rozruchy, rozliczne upory, Lácno się wdárli Turcy do mojej komory. Snádnie im przychodziło, bo moi zdredzieli, Bogá i ludzi dobrych, nizacz sobie mieli. Jeden po drugim zamki gwałtem sobie bráli, Lud ubogi, gdzie mogli z uciskiem tárgáli. Z sobą rzadko bywáli w przyjacielskiej zgodzie, Záchowánia nie mieli w postronnym národzie. Z wierzchu głádka postáwá, w sercu niepráwości, Nierádzi z cudzych krain przyjmowáli gości. Pány sobie w swej ziemi często odmieniáli, Wiáry i obyczáje, obłudnie trzymáli, Żadnemu wiáry, słowá, nigdy nie strzymáli, Przeto ná się Boski gniew, w tych czásiech poználi. A ták, mojá sąsiádo, ostrzegam też ciebie, Wáruj się też tej plagi, w krótki czás u siebie. Boć bárzo poszli ná to, synaczkowie twoi, W przyjáźni, w obyczájach, jáko byli moi, A co jeszcze gorszego, iż siedzisz w pośrzodku, Swoich nieprzyjacielów z boków, z tyłu, z przodku. Siędziwá wszem ná celu, wszyscy w nas strzeláją, Zá námi, ják zá murem, swą obronę máją. A wżdy im to niewdzięczno, o nászym złym rádzą, Więcej im násze złości niż pogáni wádzą. Polska Ziemiá nárzeka. Niebo i ziemia z tego bárzo są żáłosne, Iż widzą w moich syniech obyczáje sprosne. Widząc, co oni czynią przeciwnego Bogu/ Nie chcą przestáć uporu i złego nałogu. Widzą wszyscy ze wszech stron, żywi i umárli, Iż sie moi synowie w społną rzecz odárli. Przeto mi plagę Boską sąsiádá winszuje, Iż bicz Boży do nas przyść w rychłym czásie czuje. Coż ja mam dálej czynić, uboga sierotá, Nie mam skárbow potemu, nie mam srebrá, złotá. Bom sie ja w tych łákomstwiech nigdy nie kocháłá, W polu záwżdy w obronie swe syny chowáłá. Skárby moje chleb, piwo, żelázo na pługi/ Iedny ku Bożej chwale, drugie ná posługi. Wielem ja ták swych synow pirwej wychowáłá, Ná wszystek swiát pogáństwo zbrojne rozsyłáłá. Przodek miáłá przed nimi Wándá mojá corká/ Nád ktorą jeszcze stoi usypána gorká. Nábyłám inszych synow Krystusowej wiáry, Co Krzest święty przyięli, zrzuciwszy błąd stáry. Wiele mężow z mych synow świętych wychadzáło, Wiele i Krolow sławnych z Rycerstwem bywáło. Był Chabry Krol Bolesław, byli Krzywoszowie, Był Audáx, był czarny Lech i Kázimirzowie. Bywáli i pánowie rádni, práwie święći, Ktorzy Rzeczpospolitą mieli ná pámięći. Z Mielsztyná i z Czyżowá, z Pilce i z Rogowá. Wrzodowie, szydłowczycy, grábiowie z Tarnowá. s Prowey Odrowążowie, z Wiszniczá Kmitowie/ Zeszli wszyscy z świátá i ich potomkowie. Gdzie też są Firlejowie, Mikołaj z Jánowcá, Albo też Jan Rytwieński, on wielki wymowcá. Nuż hetmáni, rotmistrze, gdzie mi sie podzieli, Ktorzy w rzeczách rycerskich słowo dobre mieli. Sándiowi, Czárnkowscy, oni Duninowie. Nieprzyjacielom często dawáli po głowie. Nuż on Otá, Zeglotá, Kreslaus z Kurozwąnk, Nigdy nie żáłowáli w potrzebách swoich rąk. Nuż oni Toporowie, Buczacki, Ostrorog. Tym nieprzyjaciel nie był napotężniejszy srog. Wspomnię Kurdwánowskiego, wspomnię Olesznickie, Zapolińskie, i one sławne Ostrowickie. Kiemlic, Kierdej, i Zbąscy, z Számotuł Wincenty, Wrocimowski, Bálicki, Leszczyński, pan święty. Nieprzepomnię Zborowskich, wspomnię Iłowskiego, I Krotowskie Leszczyce, wspomnię y Swierskiego. Paniewscy i Mászkowscy, oni łęczyczánie, Ktorych sławá w kronice nigdy nie ustánie. Zá Kázimirzá, krolá onego wielkiego, Pan Mikołaj Zaliński, mąż sercá śmiáłego. Pátrzcie co to uczynił, jáko Długosz świádczy, Miechowitá i Kromer, kronikarze wielcy. Gdy mistrz pruski z nászymi miał niemáłą sporkę, I u Dobrzyniá mieć chciał ku stoczeniu gorkę. Zaliński to opátrzył, że nie dostał tego, Ná co sie był usádził i nie zbił żadnego. Nieprzyjacielskie serce nátychmiast upádło, Miedzy nimi w poswarku dwánaście ich siádło. Gdzie Zemełká Hálicki i oni Storcowie, On Gnojeński Oboźnik, kuláwi Szymkowie. Konstánty i Kołowie, Czernin, Strusowicy, Ci byli Pospolitej rzeczy bojownicy. Kárápczowski wielki mąż, Lánckoruński drugi, Używáłám ze wszech stron, ich zacnej posługi. Boratyński, Iskrycki, Jánusz, Száfráńcowie, Ci Moskwi i Wołochom, dawáli po głowie. Kámieniecki, Stászkowski, Secygniomski Fredrusz, Ci wszyscy, z dobrą sławą, zeszli mi z świátá już. On Ostáfiej Dászkowic, Pretfic, Czech, slężacy, To byli doświádczeni i sławni kozacy. Czuje to Moskwá, dobrze, iż ci już pomárli, Przeto sie o Smoleńsko przeciw Litwie wspárli. Dziś ná ich miejscá przyszli inni synaczkowie, Ináczej sie spráwując niżli ich przodkowie. Ktorzy tylko mácáją, gdzie kupić zagony. Stánowieniá nie czynią około obrony, Widząc, iż nieprzyjaciel, już zá ściáną stoi. A wżdy o to nie dbáją wychowáńcy moi. Połock wzięto, á wżdy to moich nic nie ruszy, Skámieli, nie dbáją, stoją jáko głuszy. Tátárzyn ruskie ziemie do końcá splundrował, I jeszcze sie po trzecie ná to nágotował. Pomściliśmy sie tego nie máłym poborem, Wżdy Moskwi wrotá stoją do Litwy otworem. Wolą drudzy czci spráwiáć, wiáry nowe kowáć, Lásy kopáć, brog stawiáć, á wioski kupowáć. Pánią upstrzyć w złotogłow, w aksámit, forboty, Niżli w pole wyjácháć, leżeć pod námioty. Słyszą - nieprzyjaciele przez gránice ryją, A wżdy moi weseli, skaczą, huczą, piją. Żadny narod postronny, nie miał tej wolności, Jákoście wy tu mieli w mojej polskiej włości. Obaczcież sie w tym dobrze, synaczkowie mili, Byście márnie wolności swej nie utrácili. Z żáłością ja używam niniejszego świátá, Widząc jáka ná syny przychodzi utrátá. Już sie nie mogę odjąć, ábych nie płákáłá, Gdym tę od przyrodzonych, złą spráwę poznałá. Ku corkam polskim. Wszákże sie jeszcze udam do swych miłych corek, Owa stámtąd wybiorę porządniejszy wzorek. Ktorym bych sie cieszyłá, pátrząc ná dobry rząd, By ziemię odnowili, á wykorzenili błąd. Jeszcze by dzieci tákich doczekáli czásow, Iżby dobre pożytki bráli z ziemie, z lásow. Nigdy by tej drogości, głodu nie uználi, By mię, jáko práwą máć, wszyscy miłowáli. Corká polska mowi syllab X. Nie płácz, nie płácz, násza miła máci, Jeszczeć Pan Bog swoich nie zátráci. Kogoć karze, toć są dobre znáki, Już jest w łásce Jego káżdy táki: Musim ná czás nieszczęściu folgowáć, Według Páńskiej wolej postępowáć. Bo to szczęście ma niepewne drogi, Potrzebuje swej wielkiej przestrogi. Komu sie też ná czás nagle stáwi, W krotkim czásu iego serce skrwáwi, Pospolicie zazdrość z szczęściem chodzi, Stąd niechuci w ludzkich myślách płodzi. Także i ty, ma miła mátuchno, Czekaj czásu, ulegaj cichuchno. Ty burzliwe czásy záhámuje. Przezeń sie ty wszystki rzeczy dzieją, Iż sie ludzie i tám i sam chwieją. Nie noweć to są rzeczy ná świecie, Dawnoć mocny tu słábego gniecie. Ale Pismo ták święte powiáda, Kto sie zniża ten wyszszej posiáda. Jeszcze, dá Bog, iż przyjdą ty czásy, Iż da mátká swoj pożytek z lásy. A z nas káżda będzie śpiewáć siostrá: Gaude mater Poloná nostrá. Jáko naszy przodkowie śpiewáli, Ktorzy ciebie, mátkę, miłowáli. Mátká Polska mowi, dájąc błogosłáwieństwo corkam swym. Aczem sie ja ná syniech, smutna, omyliłá, Ale mię wżdy coruchná mojá pocieszyłá. A ták zá to ich wdzięczne ku mnie okazánie, Miejcie od Páná Bogá wszech dobr winszowánie. Błogosław wam, wieczny Pan, ná ziemi i w niebie, Ták w pożytkach i spráwach, i w káżdej potrzebie. Jáko on niegdy Jakob synom błogosłáwił, Gdy je po wszech kráinách ná świecie rozstawił. Abyście pánowáli krolom i książętom, Ták ná morzu, ná ziemi, mężom i źwierzętom. By wász rodzáj ná ziemi i w niebie był święty, Kto by ná was rękę wzniosł, áby był przeklęty. Ktory by nieprzyjaciel ná was sie poruszył, By go Pan Bog z rámienia swojego ogłuszył.